Bileter w autobusie

Mein Land

TechnicsRS1506US.jpg

 

 

Stara i prawdziwa sentencja życiowa zawsze brzmi właściwie. Coś jak „nie przechodzi się na czerwonym świetle”, zapisane dla mózgu w słowach, jak kod. Patrzysz, ogarniasz wzrokiem całość i dociera do Ciebie. Podobnie kodyfikujemy w sobie skłonność do słabości, postaw życiowych, problemów i radzenia sobie z nimi. Jeśli bowiem już wytworzymy w głowie jakąś średnią, jakąś przeciętną linię postępowania, wydarza się coś, co zmusza nas do poszerzenia spektrum postrzegania. Tudzież jego zmiany. Tudzież spojrzenia na siebie w sytuacji ekstremalnej. Potem, co lepsze i gorsze jednocześnie – obojętniejemy na ekstremalne formy i sami stajemy się ekstremalni. W drugą stronę nazywa się to konformizm i jest publicznie akceptowany, chociaż w dobrym tonie jest jego potępianie. Tyle że nonkonformizm to słowo – wydmuszka, pompowane przez nadęte, puste gwiazdeczki i ich armię fanów. Lub przez ludzi, którzy lubią być postrzegani za nieprzeciętnych, ale na grilla przychodzą zawsze po to, by się zwyczajnie najebać, bo potrzebny im jest chór przeciętniaków, którzy zaśpiewają pełny splendoru pean na cześć. Pijany pseudo – buntownik jest najgorszym gościem na grillu, każdym. Uchodzi mu radykalizm poglądów, jednowarstwowa dusza, tudzież mniej przyziemne cechy jak zarzyganie klombu czy bluzganie wszystkich o innych poglądach. Mamy też inny rodzaj, jak Ci, co noszą kitkę na głowie, wyglądają jakby urwali się z castingu do programu „Daj się zabrudzić na bezludnej wyspie ale w kręgu polarnym, złamasie”, ale gdy otworzą usta, niemiłosiernie gibki język wchodzi w dupska wszystkim dookoła. I kiedy myślisz, że pojąłeś już wszystkie ekstremalne formy, że zrozumiałeś większość niewybrednych buntowników, pojawia się na horyzoncie kolejna fala tsunami w tej sadzawce mentalnej, która rozjeżdża mózg i sprawia, że czujesz jak więdną Ci kolana.

I tacy ludzie, którzy emocje przelewają w opinie, sprawiają że własna samoocena może być nadgryzionym ogryzkiem zamiast świeżym jabłkiem typu papierówka. Przez takich ludzi zaczynasz błędnie sądzić, że stojąc nad Twoim grobem ktoś będzie rozmyślał, jak wysoko w rankingu posunąłeś się mając panel z castoramy na podłodze w salonie czy lanosa którym zrobiłeś 600 tysięcy kilometrów. Czy w momencie przejścia na jasną stronę mocy przewoźnik PPH Charon obsługujący busy na linii Ty – niebo, powie „koluniu, nie osiągnąłeś za wiele”? Co gorsza, tacy ludzie przyjdą na Twój pogrzeb i będą ocierać łzę, ba nawet kłamliwie się wzruszą, będą kiwać głową z zadumą i mówić frazesami typu „To taki dobry facet był”. Ponieważ, krótko mówiąc, będziesz miał to już w dupie, a wpływ na ich zachowanie zerowy, będzie to przykre. Dla Ciebie mniej. Dla nich ten dysonans też przestanie mieć obowiązujące barwy jak tylko opuszczą cmentarz. Ulecisz z chmurką pierwszego papierosa i może, stojąc gdzieś milę nad nimi, pożałujesz, przez krótką chwilę, że nie powiedziałeś im prawdy. Że w imię spokoju, norm, poprawności milczałeś, kiedy Cię drażnili, robili głupoty i mieszali z błotem Twoje wartości. Sporo się namilczałem w imię spokoju. Może teraz w jego imieniu zacznę w końcu mówić... Lub tworzyć. Formy zwyczajne przestają mnie interesować. W ich ramach chciałbym zawrzeć ten pierwiastek dzikiej ekstremy.
W ich ramach chciałbym się w końcu w życiu na coś odważyć.

Mam 35 lat. Nigdy nie klasyfikowałem swoich osiągnięć. I nigdy nie nadawałem kierunku swojemu postępowaniu. Straciłem w ten sposób wiele lat, chociaż nie powiem – to nie było takie złe. Kiedy człowiek ma humor, jest pozytywnie nastawiony – to mu to nie przeszkadza, a korzystanie z każdego dnia jest świetne. Wiele dobrych doświadczeń dotarło do mnie właśnie wtedy, ale jednocześnie miałem tę chwilową determinację, krótkotrwałą, na tyle potężną by się nie cofać. Gorzej jest, gdy życie się chwieje, zakręca, ma swoje niskie loty, szuruje brzuchem po ziemi. Wtedy brak kierunku to zgroza, to imadło na gardle. I pierwsza i często ostatnia kłoda pod nogi. Stawałem w takich sytuacjach kilka razy i wszystkie były wynikiem właśnie braku kierunku. Dziś mam przynajmniej jego zarys, ale lata bez niego nadwyrężyły wiarę, we mnie samego. Zostałem skodyfikowany na wątpliwości. Inni ich nie mieli. Mówili mi „Ty, gówniane zdjęcia. Ty, grafomańskie teksty” i szli na kanapę w przyluźnych bokserkach, jedząc kanapkę z majonezem. Lub nawet nie mówili. Uzbrajali mnie w szaleńczy lęk przed konfrontacją. Z czym? Najczęściej, z własnym cieniem. Z odbiciem w lustrze. I teraz odblokowanie tego zamka, rygla w moich drzwiach przychodzi mi trzy razy trudniej niż gdy pojawił się pierwszy raz. Ja trzasnąłem drzwiami, ale klucze były po drugiej stronie. Teraz po latach usiłuję odpowiadać sobie na pytania, stawiać pierwsze odpowiedzi i zapewne dużo później osiągnę pułap z którego można powiedzieć o lataniu coś więcej, niż spadając z kolejnego progu. Być może nie mam już czasu, by to wszystko robić. Może i tak być. To wcale nie wykluczone. Ale być może właśnie jest na to odpowiedni czas. Czas, okazje i słowa nigdy nie wracają. Nie mogę więc już patrzeć wstecz. I nikt nie może zabronić mi – korzystając z wszystkiego, co przeżyłem – spróbować powiedzieć „O, tu jest mój kolejny punkt startowy”. I tyle. I po prostu wystartować. W zasadzie, gdy będę mieć kaprys, mogę mieć ten start codziennie. Mam jeszcze mylne myślenie o sobie samym, ciągle nie takie, jak powinienem. Ale znajdę jego prawdziwą treść. Może już w życiu się o nią otarłem, tylko nie skorzystałem z okazji, by w moim szpulowym ZRK 124 przekręcić pokrętło na „Stop” i „Start”? Teraz tak zrobię. Tylko chcę nazbierać odpowiednich sił, informacji, wiedzy i wyobraźni o tym, co może mnie czekać, by się samemu zaskoczyć. I dlaczego by, tworząc dalej, nie sięgnąć trochę szerzej? Dlaczego by nie wsadzić łapy w majtki życia? Dlaczego nie powiedzieć, jak się czuje osiągając ekstremum, a nie tylko o tym pisać? Kto wie, co mnie czeka z takim podejściem.

 

Jutro wstanę rano i zechcę zastanowić się czy „Mam nadzieję...” oznacza to samo co „Tak właśnie się stanie”, lub „Uda się” niesie ten sam ładunek co „Zrobię to”. Spróbuję zmienić słowo „stop” na „Start”. Zajmie mi to pewnie jakiś czas, ale – no właśnie! - zrobię to. W końcu, odwieczna sentencja kodyfikująca może brzmieć „Bądźmy realistami, żądajmy niemożliwego”.

Start ;)

Stara i prawdziwa sentencja życiowa zawsze brzmi właściwie...