Bileter w autobusie

Goodnight, Hard'n'Heavy...

APS6752-1024x682.jpgfoto: http://julienzannoni.com

 

Parę razy z rzędu stałem sobie w tłumie ludzi przybyłych na koncert. Akurat tym razem były to koncerty w ramach większego festiwalu, który odbywa się w moim mieście i nazywa „Kolory Muzyki”. Obejrzałem między innymi Braci i Poparzonych Kawą Trzy. Ostatkiem sił otarłem się o Lemon, na szczęście ominąłem ten zespół i nie żałuję. Z ust znajomych muzyków dowiedziałem się, że występ był co najwyżej dostateczny. Obserwuję to, co się dzieje na scenie muzycznej od lat, i wniosek, który się nazywa, zawarłem w tytule. Rock i Heavy Metal zostały dla szerokiej publiczności pochowane żywcem. Urwano im kończyny i poczekano, aż się wykrwawią. Przynajmniej u nas, na zachodzie Europy taki pan Blackmore, który kiedyś był slawny z Deep Purple, brzdąka we flanelowych gaciach i wypełnia halę za halą, chociaż to granie Jego ma z rockiem wspólne dwie rzeczy – to że Blackmore gra na gitarze i ma na nazwisko Blackmore. Nic nie mam do popowych inkarnacji dźwięków – na Poparzonych bawiłem się przednio, a Bracia nie zawiedli mnie ani siłą, ani ciekawą aranżacją, a występ i kontakt z publiką uważam za wzorowy. Ale to już nie rock, który siłą gitar napędza scenę. To nie rock, który dławiony krzyk rozrywa w gardłach. To ugrzeczniony, zdrowy organizm, zorganizowany ku pokrzepieniu określonych portfeli. To już nie bestie wypuszczone na scenę, tylko ich radiowe nicki, którymi buduje się tło, artystę, format i scenę. Tak, trzeba przyznać – dla publiczności ogólnej, dla ogółu sztuki w Polsce rock zdechł i został zadeptany. Boli? Taka jest prawda. O niczym już nie mówi, niczego nie żąda, nie jest niczyją bronią – przynajmniej w publicznym wymiarze. Zupełnie, diametralnie wręcz inaczej ta kwestia wygląda na biletowanych trasach konkretnych artystów, czy fantastycznie zorganizowanych festiwalach takich jak te w Cieszanowie czy Kostrzyniu, Chmielakach czy Dolinie Charlotty. Ale na te festiwale, zaczynające śmiało konkurować z takimi gigantami jak Download z Anglii czy Wacken z Niemiec, przynajmniej organizacją (jeśli skalą jeszcze nie mogą), jedzie bardzo konkretna i ukierunkowana grupa odbiorców. Nie mówię o amatorach dobrej zabawy czy trunków – bo tych znajdziemy wśród każdej grupy ludzi. Ale o tych, którzy obejrzą koncert każdego wykonawcy, który otarł się o jakąś odmianę rocka. A że to niezwykle pojemny termin, znajdziemy tu i tych, co pojechali do Kostrzynia nad Odrę zobaczyć i przeżyć Archive – czyli dusznych, rozbestwionych muzycznie architektów od smutnego nastroju, i tych, którzy dawno temu wykupili bilety do Spodka i katowali swoje karki headbangingiem pod koncert Mansona. To ogromna przestrzeń muzyczna, pomiędzy tymi dwoma wykonawcami. Ale gdyby istniała genealogia muzyczna, u zbiegu głębokich korzeni tych dwóch skrajnych linii rozwoju znaleźlibyśmy pewnie albo zawijasy Muddy Watersa, albo Elvisa albo Beatlesów. Dzisiejszy rock nie flirtuje z popem w taki sposób, w jaki serwowali nam to Stonesi czy Beatlesi. Dzisiejszy rock nadstawia dla popu cały wydziarany tyłek i ogromne, wrażliwe uszy. Dinozaury umrą, a całość pociągnie do przodu okrojona z wzorców druga liga. Dlatego tak ważne jest, by masowy odbiorca odróżniał popelinę od popu, a rockowe brzmienie od Rocka przez duże „R”. Aby nie biegł na Tinę Turner i myślał, że wziął udział w koncercie rockowym. Aby nie mówił, że dziki szoł Brodki zerwał mu czapkę z głowy i potargał jelita. Zmienił się bowiem typowy słuchacz rocka. Za moich młodych czasów noszenie koszulki zespołu, którego dyskografii się dokładnie nie znało, mogło skutkować obiciem ryja. Dziś to wzruszenie ramion. Skoro Kardaszianki robią koszulki ze swoimi ryjami na tle okładki „Dark Side Of The Moon”, to nieznajomość dyskografii Floydów niczego nie zmieni. Kiedyś starsi pokazywali nam muzykę, pożyczali kasety – dziś to wszystko jest na wyciągnięcie ręki, jedno dwa kliknięcia. I już wiesz – lubię, nie lubię, leję na to, nie da się tego słuchać, co za gówno. Opinia, którą kiedyś budowało się po miesiącach, dziś przychodzi w milisekundzie. I taka mentalna owieczka, co się w mentalnej sadzawce wykąpała z innymi, kupuje koszulkę i idzie na Metallicę, bo jej się „Enter Sandman” podobał. Może być gorzej – może pójść na Rammstein bo spodobała mu się „Amerika” i dozna operacji na otwartym mózgu, który niemieccy adepci muzyki nader agresywnej zmienią w waginę a potem zgwałcą zbiorowo, i nie tylko analnie. Termin „Headfuck” zmieni znaczenie. Dogłębnie.

     Winny temu wtórnemu zdziewiczeniu muzyki rockowej jest też polski rynek, tak samo jak polski słuchacz. Radio zupełnie zapomniało o rocku. Kompletnie. Kiedyś Owsiak puścił ( o 13 !!! W radiowej Trójce!!!) „Rodzinę Słowem Silną” Kukiza, puentując to trafnym, cudownie zająkanym „tttt...tak nie może rozmawiać męż ..żczyzna z ko... kobietą”. A dziś Dżem objeżdża miasta Polski, odcinając kupony od dawnej sławy, mając na przedzie mocnego młodego śpiewaka, który zamiast porywać, wygląda na tle dziadków jakby znalazł się na scenie przypadkiem i śpiewał trochę na zasadzie „nie wiem co tu robię ale jak zamykam oczy, to nikogo nie widzę”. Lemon wychodzi na scenę, a Ci, którzy mają słuchu więcej niż przeciętny blaszany nocnik myślą nad momentem w którym zespół się w końcu rozpędzi i „ułoży” dźwiękowo. W tym samym czasie „Nocny Kochanek” otwiera dużą scenę na Woodstocku, i ma w niektórych miastach problemy z wypełnieniem sali, grając tak energetycznie i tak od serca, że siki zmieniają w benzynę ale nikt o nim nie myśli, bo słowa „kochanek” oraz „nocny” od razu źle się kojarzą. Podobny los spotyka nie tylko wyklętego Behemotha czy Vadera – ale i Złe Psy Nowaka, którym bliżej brzmieniowo do dobrego, klasycznego polskiego blues rocka. Jednocześnie Doda supportuje Guns And Roses. Heavy Metal umiera dla masowego odbiorcy i staje się elitarnym nurtem fascynacji, którego – wbrew jego fanom – nie można zaserwować w dużej ilości tłumom, ponieważ nie są na to gotowe, a realia rynku takie, że muzyka musi odpowiadać żywotnym problemom społecznym, a nie gustom twórców. Prosty przykład – Bracia. Porównajcie „Szarą Twarz” z debiutanckiej płyty z urokliwym „Za Szkłem” z 2009 roku. Ile razy słyszeliście te numery w radiu? Drugi – bardzo często, prawda? Oba wyposażono w ciekawe teledyski, dobre aranżacje i chwytliwe refreny. Oba opowiadają podobną historię, ale pierwszy to dymiący wulkan, a drugi – gumowy wibrator polany kremem wiśniowym dla lepszego trawienia. Fantastycznie zaśpiewany, świetnie zagrany, ale nie jest to numer rockowy – jest to numer oparty o rockowe instrumentarium, brzmienie i klimat. Ale nie jest to rock czy heavy metal. Tak jak nie był nim David Bowie, co niektórych może zaboleć – owszem, grał porywającą MUZYKĘ. I był ciut powyżej podziałów, o których mówimy. Są wyjątki, owszem – chociażby LiPaLi, który potrafił w wysmakowany i wiarygodny sposób połączyć lekkość i uderzenie i nie szukał poklasku grając pod publikę tak debilne połączenia jak rock katolicki. Co to kurwa jest rock katolicki? Może wymyślmy odmianę pielgrzymkową – będzie taka Arka z 2Tm23 zasuwać wielkie tourné idąc 100 metrów przed pielgrzymami z wybranego miasta. Przecież to kpina, bardziej autentyczni byli Bijelo Dugme, rockmani z dawnej Jugosławii. Ale to tylko w odniesieniu do naszego rodzimego rynku – na zachodzie wspomniany Rammstein jest celem kpin i gdy ogłaszają trasę, niektóre miasta wydają zakaz poruszania się młodych kobiet po 20 i sugerują zamknięcie psów w domu – ale druga połowa pędzi na dziki, ognisty show, gotowa pójść za muzykami tam, gdzie ekstremum spotyka się z czymś bardzo dobrym. Judas Priest, dowodzone przez Roba Halforda, który jest gejem, młóci kolejny album a fanom seksualne upodobania lidera nie wadzą – zespół nazywany jest „Gods Of Metal”. W centrum Bietingen, pod wiaduktem w zwykłym niemieckim mieście organizowany jest festiwal – co roku pelniejszy. Obejrzałem raz film z koncertu UDO – na widowni ludzie w ortalionach, skaczący do klasyki metalu, z dziećmi. Po prostu są na to bardziej otwarci niż my. I dojrzeli, że nie trzeba tej muzyki zamykać, tylko dać wybór tym, którzy chcą jej słuchać.

     Zmieniły się czasy i to bardzo oczywiste stwierdzenie. Rock i Metal nie są już tą bronią, która rozsadzała blok okołosowiecki od środka. Nie są też wentylem masowego odbiorcy, pomagającym mu w odreagowaniu stresów. Ten masowy odbiorca zbiera się właśnie do odjazdu z Przystanku Woodstock. Rock przestał być zadziorną dziwką w ciele agresywnego motocyklisty, który w przerwie między łykiem LSD a Jacka mówił „kocham Cię”, dodając po chwili namysłu - „analnie, suko, brudnymi łapami”. Rock został ugłaskany, przez pipowate wzorce typu Oasis czy Blur. Zaadoptowany, ubrany w ładne wdzianko i posadzony przy stole z innymi. Nie wiem kiedy, czy przed flanelowymi beksami z Nirvany, czy w epoce glam-metalu, gdzie chłopaki z Whitesnake i Bon Jovi używali więcej kosmetyków niż wyprawa starych modelek na Mauritius. Gdzieś na pewno spiłowano mu zęby i bardzo się chce, by mu o tym nie przypominać, bo póki memła, to każdemu można wmówić, że kąsa. Że to takie mocne i świetne. Mam to szczęście, że przez ogromną większość życia otaczali mnie ludzie o bardzo mocnych, metalowych korzeniach i jednocześnie – bardzo szerokich horyzontach muzycznych. To byli porządni, doświadczeni faceci którzy potrafili strzelić mnie w barze w łeb od tyłu i powiedzieć „Słuchaj młody, kurwa – Accept gra Bethovena”. Pokazywali całe spektrum. Można było wybrać, ale wymagali pewnej otwartości – nie naśmiewając się z dokonywanych wyborów. Dlatego dziś mogę spokojnie sluchać Poparzonych Kawą Trzy zasuwających wspaniałe, swingowo – jazzujące boogie, popowych w rockowym rozumieniu Braci czy innego, lekkiego wykonawcy (a takich jest masa), by potem z uśmiechem, w koszuli w różową kratę wsiąść do Fordolota i odpalić Rammstein z Paryża, w domyśle prostując środkowy paluch najmocniej jak potrafię. To jest nauka ze starych czasów. To jest owszem, smak wódki i dym z ogniska, ale także te wszystkie cudowne chwile, gdy muzykę się poznawało, a nie gdy ją serwowano, jak produkt.

     Ale jestem ortodoksem. I w sumie... jestem z tego dumny.