Bileter w autobusie

Gen Pogardy, Gen Drogi

AmCar-3.jpg

 

            W życiu każdego pracownika każdej normalnej i nienormalnej instytucji czy zakładu istnieje czas, kiedy jest weselszy od swoich kolegów – czas urlopu. Odlicza się wtedy dni, grając na nerwach załodze dookoła, wyolbrzymia pozostałe sekundy do obrzydliwej wieczności, zadręcza wszystkich uśmiechem pod którym kryje się niemożliwa do utemperowania radość. U mnie ten czas nadchodzi. A że geny, z jakich powstałem, bywają nieubłagane, tu także tak jest. Urlopować mocno i intensywnie nauczył mnie Tata. U Niego to okres niepohamowanego pędu i dzikiej rozkoszy płynącej z pokonywania samego siebie. U mnie, jako że geny do małego SuperUłanka dołożyła także Mama a chyba i coś z dziadka spłynęło, nie odmawiam sobie przyjemności bardziej przyziemnych, takich jak niepospolita szklaneczka złocistego czy bardziej głębokiego napoju, chodzenia bez koszuli i ostentacyjnego nonkonformizmu, wynikającego z faktu, że człowiek kiedy robi coś dla siebie i jest w tym szczęśliwy, to nie ma takiej siły, która by mu tę radochę odebrała. Jadę więc z Ukochaną, a gdzie – nie powiem, w kontekście tego, co później napiszę, ma to głębszy sens.

            Podróżowanie ze mną ma specyficzny klimat. Rozsiewam wirusy śmiania się z niczego. Nie używam GPS-u, a przynajmniej nie nagminnie – ot, czasami się nim wspieram, gdy chcę precyzyjniej obrać kierunek. Wolę moje sterane, papierowe mapy, pachnące spoconymi paluchami i opatrzone szeregiem spojrzeń. Aparat musi być tuż pod ręką. Aha, i ja nie zatrzymuję się w drodze kompromisu – w drodze to zatrzymuję się dlatego, że chcę. Co jeszcze? Opętańczo śpiewam i kompletnie nie odczuwam zmęczenia z długiej jazdy. Kiedyś jechałem w Bieszczady nadkładając 160 km by odwieźć Mamę do sanatorium, wysiadłem po ośmiu godzinach za kółkiem z auta i byłem rześki jak skowronek, gotowy natychmiast smakować życia, pierogów i ochłody w rzece. Nie wymagam wiele, poza uśmiechem i negacją prostackiego życia i ludzi których zostawiam za sobą. Uwielbiam wstawać w środku nocy, by świt zastał mnie za kierownicą. Smakują mi puste drogi, oranżerie zielonych drzew, mgły i spojrzenia słońca znad horyzontu. Jeśli po drodze jest coś ciekawego – stara cerkiew, kapliczka, kościół, wzgórze – zawrócę nawet z odległości kilkunastu kilometrów. Na drodze po prostu nie ma kompromisów. Uwielbiam smak pokonywanych kilometrów. Niedawno minęło równo cztery lata odkąd uzyskałem prawo jazdy i żadną miarą nie da się zmierzyć mojego przywiązania do połykania autem kolejnych dróg. Oraz irytacji na wielu ludzi za kółkiem. Odkąd złamałem wahacz na dołku (dołek – według ludzi, którzy sfinansowali nowy wahacz – krater pół metra na pół metra na 15 cm głębokości) pod zakładem pracy mam dziwne nawyki ściągania nogi z gazu, chociaż nigdy szybko nie jeździłem. I przesadna ostrożność, zanim wyprzedzę, przemyślę konstrukcję manewru trzy razy. Może to jakaś lampka ostrzegawcza która jest potrzebna, ale mi ona nie przeszkadza. Za to pałam niewymowną nienawiścią do ciołków którzy wrzucają kierunkowskaz przed skrzyżowaniem w odległości, którą przeciętny trzmiel pokonuje na piechotę w ciągu piętnastu sekund. Równie ciepłym uczuciem obdarzam fascynatów mijania na trzeciego oraz przygłupów rozpędzających swoje rachityczne stada koników Pony na prostej krótszej niż orgazm u ważki. Nie wadzą mi za to jeżdżący wolniej czy wręcz zachowawczo – staram się rozumieć, że za kółkiem siedzi czasami Mama z dzieckiem, które właśnie zapragnęło zeżreć opakowanie do gumy marki Mamba, czy dziadek, który ma chwilę dla siebie i jego czas reakcji wydłuża się z wiekiem, więc woli mieć na nią czas. Dobra, czasami manewr skrętu zabiera mu całe przedwiośnie z końcówką kwietnia, ale luz – ja też będę mieć kiedyś tyle lat. Są jeszcze panny za kółkiem, które wyłapuje Moja Kobieta a robi to w sposób którego nie powstydziłby się przeciętny rosyjski radar przeciwlotniczy z elektronicznym skanowaniem fazowym. Anetka działa precyzyjnie. Jak jadę za kimś, wystarczy że spojrzy, a już wiemy – kobieta za kółkiem. Nie mam nic przeciwko, tylko że my po prostu mamy szczęście do tych stereotypowych. Zanim moja Pani zmieni się w Działa Navarony, a okolicy grozi potencjalny konflikt z potencjalnym tzw. chlastaczem na twarz w finale i zajdzie konieczność ewakuacji przed atakiem terrorystycznym, trzeba działać i albo zmienić kierunek jazdy, albo uspokoić. Czasami nawet jedno i drugie. Na szczęście w Jej osobie mam kogoś, kto docenia prostotę krajobrazu, siłę muzyki, smak wolności i ten zapach szczęścia, który się czuje, kiedy jedzie się z kimś równie szurniętym jak Ty i równie otwartym na to, co przyniesie następny zakręt, miasto, stacja z poranną, dymiącą kawą czy zmiana pogody. Ouu, powiem Wam – i nie ma tu nic z lizusostwa, bo nic nie przeskrobałem – warto poszukać takiej Osoby. To jest ktoś, przy kim można się zestarzeć, podziwiając jak się maluje i siedząc jednocześnie na sedesie z nadchodzącą kac-kupą rozmiarów niedoszłej metropolii warszawskiej. Co mam w planie.
            Droga jednocześnie to, także, pogarda. To jest ten złośliwy, niepokorny, wredny i jednocześnie przewspaniały gen, który Tata specjalnie zawieruszył w Mamie w okolicach późnego lata 1981 roku, dając początek komuś, kogo dziś widzę w lustrze. Jak płytka, którą Terminator hołubił wyciągając z czaszki na oczach zdumionego Johna Connora. John zupełnie niedawno odkrył zapewne uroki masturbacji, a tu nagle cyberorganizm mówi, że w płytce zapisany jest cały XXI, XXII i nawet XXIII wiek. Organizm Johna mówił „Co jest men, działamy!” a mózg nie nadążał za organizmem. Tak Tata umieścił ten genom w moich podwalinach. To nawet nie fundament. To jest jak rdzeń kręgowy. Myślę wręcz, że ten gen został rozciągnięty na kształt wymiętej gumy do żucia albo wielkiego plemnika (nie pytajcie gdzie ma głowę) wzdłuż mojego kręgosłupa, by miał pod kontrolą wszystkie ważkie ruchome elementa, gotowe mu oddać się w posłudze dzikiego działania. Myślę, że i Tata, i ja robiąc to co robimy, okazujemy pogardę zwyczajności. Okazujemy ignorancję dla drobnostek („Tato, mam zdarte kolano, łokieć, bok i czemu nie jedziemy dalej… - Krwawisz”), dla banału i tego miałkiego, mdłego pieprzenia ludzi opętanych egocentryzmem i pozbawionych wrażliwości. Patrzcie, przecież można – uwaga, trudne słowo będzie! – normalnie! Czytaj wsiadamy w auto, żremy chipsy, lecimy do Zakopca, wyciągamy telefony. Robimy okurwne selfie nawaleni jak szpadle, coś w stylu przeciętnego mieszkańca przemysłowych przedmieść Pekinu po wypłacie i wracamy, rozpowiadając wszystkim dookoła, że byliśmy w górach. Ilość lajków mówi nam że byliśmy. Chociaż nasze skarpety nie rozstały się z klapkami marki Kubota. Ale, by pojechać, siąść na brzegu drogi, popatrzeć przed siebie i używając kolokwialnego języka, poczuć że majtki robią się pełne – trzeba mieć wrażliwość. I pogardę, tę właśnie pogardę jednocześnie. Dla ludzi, niestety musimy ją zachować, chociaż to nie do końca dobre. Ale nasze. Bo wrażliwość jest warunkowana intelektem – im więcej wiesz, tym więcej rozumiesz. Jedziesz do Auschwitz i nie musisz słuchać przewodnika, bo boli Cię ogrom, cisza i niepojęty gniew. Ale możesz też oderwać się tam na chwilę, i Twój mózg w akcie wysiłku, od którego dostaniesz hemoroidów, wykrztusi z siebie „tu chyba kręcili jakiś filmmmmm”. Prawda? Prawda. Potrzebna jest pogarda dla takiego stylu życia i bycia, by własne móc od tego uchować. Pogarda dla tych, którzy nie wiedzą nic, ale drą mordę tak, jakby chcieli udowodnić, że wiedzą kurwa wszystko. Pogarda Taty jest w szlachetnym wymiarze, on się mierzy sam z sobą i latami na to pracował. Moja jest trochę jak uniesienie brwi – niby nic, a mówi samym gestem, jak bardzo okropnie mocno w ogóle mnie to nie obchodzi. Może moja kiedyś będzie szlachetniejsza. Najważniejsze, że dorosłem do myśli, że warto chronić własne myśli. W końcu tego nikt przecież nie może nam zabrać.
            Na początku napisałem, że nie powiem, gdzie jedziemy. Oczywiście pewnie wkrótce dowiecie się tego choćby stąd, ale uciekamy od tak przepysznej sałatki z ludzi, że biegunka wydaje się tu wręcz szlachetnym odruchem. Uciekam od miałkości, od tego stosu malutkich ludzi z wielkimi ego o małych charakterach. Od ludzi z przerostem fatalnej ambicji, chorych na władzę, , która jest im potrzebna, by nikt nie mógł im powiedzieć, że są tępi. Za to nie znają umiaru w donosicielstwie i fasadowości (praca? A jakże !!!), żrą te cholerne pozory jak gęsi w chowie masowym i równie masowo stawiają się pod murem. Od ludzi pełnych niekonsekwencji, intrygantów, gotowych oddać hołd nowej plotce, bez umiaru, zwyczajnie obrzydliwych, zamkniętych w swoich małych klateczkach ku uciesze zwiedzających. Od tłumów skoncentrowanych na wyglądzie, wyrywie i wyczesie, zatraconych w lansie, fejmie i banale. Od imbecyli napchanych ignorancją. Ogólnie, od ludzi. Czy tam gdzie jadę, ich spotkam? Innych, na pewno. Tych, których mam na codzień, których spojrzenie budzi we mnie narastającą pogardę i lęk jednocześnie, na pewno nie. Tych, którzy nie znają Zafona, Kinga, Kukuczki i Kapuścińskiego, ale predestynują do bycia przywódcami pieprzonego stada – nie spotkam TAM. Dlatego tak cieszy mnie ten gen, ta pogarda, ten smak kolejnych kilometrów. Bo to kilometry wolne od ciężaru. Wolne od banałów.

            Wspaniale Wolne.

            Nadchodzimy.