Bileter w autobusie

Gear Jammer

Ja.jpg  

          Pamiętam mój pierwszy seans filmowy z tytułem „Duel” Stevena Spielberga. Jego polski tytuł to „Pojedynek na Szosie”. Prosta, zwięzła stylistycznie i oszczędna w formie opowieść o nawiedzonym kierowcy starej ciężarówki marki Peterbilt ścigającej rozmemłanego do granic komiwojażera w osobowym Valiancie gdzieś po pustkowiach amerykańskiej Kaliforni. Film okrzyknięto najlepszym, jaki kiedykolwiek powstał na potrzeby telewizji (taki był zamiar – dopiero potem trafił on na duży kinowy ekran), a oglądając go dziś urzeka prostota jego konstrukcji. Pan wyprzedza ciężarówkę, jej kierowca traktuje to jako wyzwanie i ściga bohatera przez półtorej godziny. W filmie mamy znikome dialogi, większość czasu spędzamy na oglądaniu nierównego pojedynku wielkiego Goliata z malutkim Davidem. Dopiero kilkanaście lat później poczytałem ciekawostki na temat filmu i okazało się że moje skojarzenia nie były bezpodstawne. Bohater nosi imię „David” nieprzypadkowo. To idealny everyman, wręcz mameja której nic z tłumu niewyróżnia. Znajduje się na drodze pordzewiałego Peterbilta przypadkiem i musi stanąć twarzą w twarz z bestią, która chce go rozszarpać. Złowieszcza ciężarówka to Peterbilt 351. Reżyser wybrał ją właśnie dlatego, że jej silnik znajduje się przed szoferką, co w rezultacie nadało masce wygląd demonicznej twarzy. Aby cysterna przybrała złowrogi wygląd, ekipa codziennie brudziła maskę i szyby, robiąc zacieki, plamy z oleju itp. Za kółkiem zasiadł doświadczony kaskader samochodowy Carey Loftin, który brał udział także w kultowym filmie "Bullit" z 1968r. Spielberg nakręcił film w 12 dni, stosując proste metody takie jak ustawianie kamer po obu stronach drogi, zbliżenia i przyspieszanie taśmy. Udowodnił, że bez hektolitrów krwi, milionów dolarów na efekty specjalne można nakręcić doskonały film, który do dziś dzięki swojej wymowie trzyma ludzi w napięciu i elektryzuje kolejne pokolenia, a warsztat, umiejętności i oko są równie ważne jak podpieranie się efekciarstwem. Kierowcy ciężarówki nie poznajemy do końca, jego twarz pozostaje nieznana co nadaje całości lekko mityczny wymiar.

            Brak nam dziś tak prostych historii. Wszystko ma mentalny i konstrukcyjny obowiązek posiadania wyegzaltowanych, absurdalnych otoczek zakrzywiających obraz całości. Film to tylko przykład, muzyka, książka, fotografia – to wszystko nie może obejść się bez usilnego „bajerzenia” zastanej rzeczywistości. I nasze życie także, niemal składowo, nie może obyć się bez tych otoczek. Tak jakby nasz grzbiet, nos, oko i czoło nie były wystarczająco dobre, upieramy się by je poprawiać, upiększać. Nie umiemy opowiedzieć samych siebie w prostych słowach. Mówimy że świat to ponure miejsce gdzie nie ma miejsca na słabych, chcemy by był wielkim facetem z małym charakterem. Odzwierciedlenie tego można znaleźć w każdym aspekcie codzienności. Ostatni okres czasu dobitnie mnie tego nauczył. Ludzie zakochali się w plotkowaniu, ale zapomnieli jak mówić. Zupełnie, jakby język polski przestał ich obowiązywać. Dam przykład. Koleżanka poznaje faceta. Facet idzie z nią do drugiej koleżanki. Ta druga po ich wyjściu spędza pół nocy na analizie jego profilu na fejsie, a potem pół dnia na tłumaczeniu jej, dlaczego uważa to i tamto za niewłaściwe i jak to według niej wygląda – mimo iż ta pierwsza nie wykazuje tym ani zainteresowania, ani nie potrzebuje takich porad pozamałżeńskich o uroku zgniecionej paczki popularnych. Nie nie, ona przecież wie najlepiej – i tak musi się wypowiedzieć. Po czym kiedyś w przyszłości spotka tego faceta przypadkiem i będzie się uśmiechać, że jest ok, cudownie i jak dobrze Was widzieć. Drugi przykład – w pracy mam taką sytuację, że jedna z osób jest od dłuższego czasu na wyższym stanowisku. W porządku – mimo mojej pyskatej, zadziornej i buntowniczej natury reguły gry są jasne i staram się ich nie przekraczać. To w końcu praca, liczy się końcowy efekt. Motywy, dla której dana osoba otrzymała to stanowisko, nawet jeśli dla mnie niejasne, dla szefów są pewnie klarowniejsze, a ponieważ to oni są szefami, a nie ja – nie dyskutuję z tym. Z niewymownym stęknięciem w środku kładę grzbiet pod pręgierz sytuacji i ku mojemu zadowoleniu bycie miłym odnosi pozytywny skutek – nie mam spin, nikt się nie czepia, nikt nie garuje nade mną, by sprowokować kłótnię. Pracuję spokojnie, uczciwie i nie spinam się, po czym dowiaduję się, że po dwóch tygodniach od jakiegoś błahego incydentu owa osoba pędzi co koń wyskoczy do szefów i skarży na mnie, posługując się incydentem, który i ja, i mój zwierzchnik dawno ze śmiechem wyparliśmy z głowy. Klękajcie narody, góra przemówiła! Nie byłem odpowiednio wdzięczny – nie wspomniałem, że teksty typu „A kto Ci da urlop hehe” uważam za szykanę osobistą i przejaw nieposkromionej pychy, zachowałem to dla siebie i nie żałuję. Wiem bowiem, że karma wróci. Spotykałem się z takim zachowaniem w Tesco i koniec końców moje było na wierzchu. Tam też otaczali mnie zaprawieni w bojach pracoholicy, którym osiem godzin nie wystarczało, by pokazać, jak bardzo kochają namiastki władzy, swoich przełożonych i pracę. Z prostego powodu – tylko tam kimś byli. Prywatnie często były to szare, banalne, pozbawione kolorytu osoby, które przy stole i piwie a nawet wódeczce miały jeden temat – praca. Jeśli ktoś tego nie rozumie, polecam lekturę tudzież seans z „Skazanymi na Shawshank”. Tam też mur instytucjonalizuje, potem się do niego przyzwyczajasz, a potem – nie możesz bez niego żyć. Dajmy niektórym władzę – a zobaczymy jakimi są naprawdę ludźmi. Moje osobiste oceny takich sytuacji są zdecydowanie negatywne lecz po przekroczeniu progu firmy, domu, knajpy czy spotkania zachowuję uprzejmy dystans. Nie muszę bowiem podpierać się plotką, pracą, władzą i pychą, by zdać sobie sprawę, jak wartościowe i fajne życie prowadzę bez tych nieodłącznych aspektów codzienności. Po części myślę, że chęć wpływania na nasze codzienne życie zabiera tym ludziom ich własne. Moja historia jest prosta, chociaż obfita w wydarzenia i każdy akapit przynosi w niej coś nowego i równie ciekawego. Ich historia nie może obyć się bez skrawka mojej własnej – inaczej dlaczego tak bardzo jej potrzebują?

            Wszystko to bardzo banalne. Na końcu bowiem przychodzi starość, która te młodociane podrygi cwaniackiego życia usadza w kącie i rani brakiem doświadczeń. Jeśli ich nie posiadamy oczywiście. Posiadam. Naprawdę, kiedy zegnie mi kark, posadzi na paliatywnym i będę konał w oparach morfiny i tramalu, chcę, by książka jaką napisałem była gruba, ciekawa, wciągająca i wartościowa. Dlatego teraz, kiedy ją piszę, każdym dniem, staram się, by moja historia obywała się bez efekciarstwa, które rodzi… tandetę. Kicz. Pochłania prostotę jak robaka, zrzucając odpowiedzialność za odbiór całości na oczobijne efekty, pchane siłą pięści, nie rozumu, określane mocą ciosów, a nie otwartą dłonią. To tak jak ze zdjęciami, które czasami oglądam – widzę, patrzę i mam wrażenie, że ilość nałożonych na produkt finalny efektów przykrywa w stu procentach treść. I wszystko ok, po to są, tylko czy idąc tak daleko w tym wszystkim będziemy mieć jeszcze szansę odkryć to, co pierwotne? Idąc tym tropem, jeśli tak samo ubarwiamy nasz hajlajf, czy kiedyś odkryjemy to co prawdziwe? A może tak bardzo boimy się skromnego wymiaru tego jądra, że przykrywamy to jak tylko się da, by nikt nie zorientował się, co się dzieje… Malutki ptaszek w wielkiej klacie, czyż nie? Mentalna impotencja, nasycająca jaskrawością najmniejsze elementy, by zakłócić odbiór banalnej całości. I tak właśnie się dzieje – Ci plotkujący, Ci którzy się „interesują”, Ci którzy za plecami, z uśmiechem wydając polecenia zapisują w notatniku każde potknięcie… to wszystko banały. Może jaskrawe i kolą w oczy, sprawiają ból, kiedy ich woń dostaje się do płuc – ale banały. Liczy się co innego i gdzie indziej.
            „Pojedynek na Szosie” to prosta, bardzo chwytliwa opowieść, znakomicie nakręcona. 90 minut nieustannego pościgu i walki, dużego z małym, dobrego ze złym, czystego z brudnym. Po drugiej stronie szali mamy „Szybkich i Wściekłych” 8, gdzie auta wypadają z okien, jeżdżą po sowieckiej łodzi podwodnej klasy Victor, uciekają od torped i wylatują nieustannie w powietrze. W pierwszym filmie reżyser uprzejmie prowadzi nas przez rozmiar, kształt i formułę fabuły, z każdą minutą serwując więcej i mocniej. W drugim nie wiadomo, o co chodzi, ale musi wybuchać i być dynamicznie, reżyser leje nas po gębach z otwartej garści a bohaterowie muszą rzucać wspaniałe, nadęte one-linery. Oba filmy dzieli 46 lat, a pierwszy ogląda mi się o wiele przyjemniej. Może dlatego, że opowiadana historia posługuje się prostym przekazem, jak moja własna? A może dlatego, że jaskrawe efekciarstwo nie przesłania mi kierunku do liter końcowych? Nie bawi mnie banał, bawi mnie bawienie się banałem. Tym samym nie bawią mnie prostaccy ludzie, bo cieszą mnie ci prości. Nie zawsze mogę wybrać, szanuję to i rozumiem pokornie, że każdy jest inny, odmienny, ma różne priorytety. Jedni chcą dobrze żyć, inni chcą dobrze żyć życiem innych. Jak mawia mój przyjaciel Konrad – jeden lubi rybki, drugi jak mu nogi śmierdzą. Czasami tego smrodu jest po prostu za dużo.

            Jednak, czy gdyby go nie było, docenialibyśmy tak bardzo czyste powietrze?

           

            No właśnie…