Bileter w autobusie

Dżuma

Jasna sila utracona

 

 

            Codziennie rano słońce wsuwa drapieżny pazur przez okno. Tuż po szóstej gorąca łapa z wyciągniętym szponem przebija się przez okna, odsuwa na bok rozleniwionego kota, ogałaca ściany z mroku. Piszę o niej, bo każdy jej ruch to dla mnie nadzieja na nowy, dobry dzień. I każdego dnia, popędzanego poranną kawą i usypianego wieczorną herbatą, mam bezdenną nadzieję uciec od dżumy, która zżera nas dookoła i toczy jak niewidzialny wirus. Uciekam jeszcze, ale czasami budzę się z lękiem, że to słońce jest już chińską podróbką rzeczywistości. Czasami płynę przez dzień i czuję się, jakbym obserwował jedyne w swoim rodzaju misterium – bezrefleksyjne i miałkie. Tak jakby najcudowniejszy instrument spłynął bezwolnie, niepowstrzymalnie w dłonie zwykłego szarpidruta. Ten, mając w rękach Stradivariusa, zaczyna wygrywać na nim „Katowice nocą…”, do taktu wystukując rytm i co kwadrans pokrzykuje „Moc, energia, amfetamina!”. Oto mój koszmar. Im częściej wypełza, tym mocniej muszę trzymać się złotych łap słońca, cieszyć deszczem, zielenią, powietrzem, jej zapachem, uśmiechem dziecka, uściskiem dłoni – by nie stoczyć się z przerażeniem jak u Muncha, prosto w wirującą dżumę płytkości.

            Jestem przerażony, autentycznie przerażony bezrefleksyjnymi życiami, jakie ludzie przędą i nawijają na niestrudzone ręce z brudnymi paznokciami. Jestem zakłopotany ich życiem na pięć minut, niczym jętki nad stawem. Gromadzą kasę, bo ta nosi blichtr na plecach. Kupuje poważanie, pozycję, a nawet czasami uczucia. Żyją intensywnie do końca imprezy, do połkniętych plemników i westchnięcia ulgi gdzieś w bocznej uliczce, tuż po wyszarpaniu garści włosów lub patriotycznym pociągnięciem ze łba. Myślą, że mają już wszystko, chowając się za ścianami urody, głosu, znajomych, nic sobą kompletnie nie przedstawiając, nie obawiając się tego, że są tacy sami. A kiedy dopada ich noc, ciężar spada na grzbiet, są ostentacyjni, wybuchowi, usprawiedliwieni. Bo nigdy nie myśleli, że to się stanie. Nigdy nie sądzili, że ich życie może się równie bezrefleksyjnie zakończyć, jak było bezrefleksyjnie prowadzone. I wszyscy tkwią w bezsensownej gonitwie za sobą. Za okiem niewidzialnego Wielkiego Brata, łasi na komplementy i wyrzucający za orbitę każdego, kto odważy się na szczerą krytykę. Dobry to dziś ten, co nieustannie chwali. Dlatego jest to coś, co budzi mój lęk. Boję się tych, którzy nie myślą dłużej niż do najbliższego zakrętu i nie widzą więcej niż w zakresie klapek, ściśle otulających ich oczodoły. Koniecznie wymalowane, by było je lepiej widać. Mięśnie, by było je lepiej używać. Gotowi wdrapać się na każdy symbol, zdeptać każdą wartość, wielkość, nadzieję, uczucie, każdy kult i legendę zetrzeć w proch, byle tylko zalśnić, na te pieprzone pięć sekund. Dla tych ludzi nie istnieje rak, narkomania, nie ma czegoś takiego jak dół, zamyślenie, przestrzeń. Żyją bowiem tak, jakby śmierć była tylko odległym państwem, o którym usłyszeli w radiu, między jednym banałem a drugim, i wiedzą tylko tyle, ile nie muszą. Jest to dla nich państwo leżące nigdzie i znane z niczego, zamieszkiwane przez ludzi, podobnych zupełnie do nikogo. Do niczego więc nie przykładają wagi, nic ich więc nie zastanawia. To ludzie chorzy na dżumę, nieustannie wierzący, że ich stan chorobowy jest właśnie tym normalnym. A wszyscy inni to tylko wydmuszki, filozofowie, nadęci biedacy szturmujący Lidle i Biedronki w poszukiwaniu promocji, używający idei jak ubioru, którego nie mają z pierdolonej kamienicy.

            Owszem, i mają rację. Nie ubieram się biegając z góry na dół po markowych sklepach, nie mam potrzeby gnania auta do Lublina, by się odziać w Marks & Spencer, by na szerokiej gumce moich bokserek można było grać w sudoku między literami „DG”. Nie mam ciśnienia, by co weekend zalać mordę, wciągając w międzyczasie pigułkę i troszkę białego proszku w klubowym kiblu, by tuż potem imponować tępym lalom. Nie mam parcia na szkło i wszyscy Wy, którzy nazywacie mnie celebrytą, bo tworzę ciut więcej niż poranną papkę na sedesie – na złość Wam powiem, mylicie się. Nie mam jakiegoś ciężaru, który pchałby mnie po pochyłej desce w ramiona supermarketów, sieci, wielkich imprez, wielkiego świata. Nie pałam gargantuiczną ochotą by udawać kogoś, kim nigdy nie będę, uciekając od krytyki i pchając mordę prosto do każdego koryta, które mnie przyjmie. Z całym inwentarzem smrodu. Z lekkością pociągu towarowego przemierzającego Górny Śląsk w szczycie sezonu wydobywczego idę przez każdy kolejny dzień, usiłując pamiętać, że nic nie jest wieczne, że gromadzenie czegokolwiek ponad miarę jest ułudą. Usiłuję każdego dnia zmazać jakąś plamę z przeszłości, pamiętać o rodzicach i każdej chwili, która z nimi jest na wagę złota. Usiłuję pamiętać o ludziach, dotykać ich, cieszyć się i kiedy trzeba – wchodzić z nimi w reakcje. Opieprzać, kłócić się, śmiać – ale czuć, że żyją. Dozować wrażliwość i niewrażliwość, pozwalać na cholerny balans i jego zachwiania, ale czuć, kurwa czuć że żyjemy, że jesteśmy realni, że mamy problemy, że przedstawiamy system wartości, a nie cholerne zero – jeden, gdzieś na komputerze jakiegoś złamasa, który dal nam kredyt. Bo jutra może nie być. A nasze drogi po codzienności i ścieżki po piekle bywają kręte i skończone, wbrew temu co o nich myślimy, Naiwnie wierzymy że nigdy się nie zestarzejemy, nie zachorujemy, nie pieprznie nas w pysk depresja, strata, żal, osamotnienie, ból. Od palantów spod dyskotek po ministra obrony narodowej, ktoś w cudowny sposób zapomina, że jest śmiertelny. To znak, że dżuma się przeniosła.

            Nie będę pisał czegoś ku pokrzepieniu na koniec. Mógłbym przedstawić Wam z ręki niemal dziesięć dowodów na to, że staram się żyć nieco głębiej, ale po co. Każdy z Was ma rozum, myśli, polega w jakiś sposób na sobie i sposobie postrzegania. Każdy z Was ma doświadczenia wynikające ze złych decyzji. Każdy ma też znajomych, których nie ma, zabrał ich los, podniesiony szlaban, za szybki zakręt, pijany kierowca, nowotwór. Każdy ma też tych, którzy pokrzepiając się jędrnością mózgu z ciężkim westchnięciem pchają się przez kolejny dzień. Każdy zna tych, którym nie da się pomóc i tych, którym pomagamy nieustannie. Łączy nas to, że żyjemy na tej małej planecie, oddychamy tym samym powietrzem, działamy fizycznie na bardzo podobnych zasadach i wszyscy jesteśmy jednakowo śmiertelni. Nawet w tę rozkwitającą za oknem wiosnę, pchającą się pazurami słońca przez szyby i leniwe koty. Na to nie ma odpowiedniego czasu, jest równie dobrze zawsze, jak nigdy. Równie dobrze nasz Bóg może być tak zajęty, że nie znajdzie dla nas czasu, w ręce porwą nas małostki, płytkość, słabość i poddamy się temu dla chwilowej ulgi. To taki słodki komfort, poddać się. Nie każdy go ma. Wam, moi drodzy, nie wolno go mieć. Nie pozwalajcie sobie na niego, nigdy. Żyjcie prosto i dobrze, bo wszystkich nas czeka ten sam koniec – i niech to będzie pozytywnym motorem który każdego dnia będzie Was budził i kładł spać. Pozornie to smutne tylko. Tak naprawdę bowiem świadomość, że nasz czas jest ograniczony, powinna motywować nas do tego, by wykorzystać go w jeden sposób. Nieograniczony.

 

            Jutro znów wstanie słońce. Z nami, czy bez nas, zrobi to i wejdzie komuś do domu przez pachnące, zjonizowane zapachy wiosny. Porozmawiajmy ze sobą jutro. Pogadajmy, pożyczmy wszystkiego dobrego. Szczerze, nawet jak boli, powiedzmy „Ty, koluniu, boli mnie tu, w sercu”. To nie słabość.

            To odwaga.

 

            Być zdrowym w świecie dżumy – to odwaga.