Bileter w autobusie

Nowy Tytan

 

 

                No i stuknęło mi 35 lat. Piękny wiek, piękny obszar czasu zagospodarowany bardzo intensywnie. Niewiele bym zmienił, dziś po tych latach kreacji, stawania za swoimi ideami, podążania czasami bardzo krnąbrną drogą – naprawdę, warto było. Poznałem smaki życia w tak obłędnie intensywny sposób, tak niepokorny, tak zaciskający pięści. Odkryłem dla siebie świat, z całą feerią barw, napięć i melodii, kołysany od brzmienia porannych fajerek aż po łzy szczęścia, gdy spełniałem młodzieńcze marzenia będąc dojrzałym facetem. Dojrzałym, chociaż nadal oglądam Strusia Pędziwiatra. Byłem zły, zadziorny, pyskaty, byłem załupany i zaparty, wkurwiający i wściekły. Byłem szczęśliwy, zgodny i klarowny, byłem drogą, tupotem stóp po dnie rzeki. Byłem kolorem, byłem czernią. Zanim odkryłem, że whisky jest najlepszym ze smaków życia, poznałem sól, gorycz, żal, palące przyprawy głupoty i wstydu. O tak, żyłem i żyję nadal kolorowo, pełnie, mocno, gwałtownie i spokojnie jednocześnie.

            Sporo nauki z tych lat płynie. Na ten przykład, kobiety. Do pewnego momentu w moim życiu uważałem je za stworzenia niemal boskie, najwyższy twór ewolucji, posiadający atrybuty zdolne zgładzić, zetrzeć w proch i rozdeptać. Uwielbiałem je, a żeby to wiedziały, byłem gotów kłamać. Potem przejrzałem na oczy, i okazało się, że kobieta jest zupełnie jak facet. To taki sam człowiek – nie pozbawiony małostkowości, głupoty, bezdennego braku jakichkolwiek kryteriów, pasji, intensywności. Często wygrywająca faktem posiadania biustu. Tak tak – kobiety to tacy sami ludzie jak mężczyźni. Identyczni w swoich fanaberiach, w braku gustu, w przyzwyczajeniach, urojeniach i prostactwie, zręcznie jednakowoż maskowanych w kisielu urody. I tak jak w wypadku męskiej części populacji, tak i żeńską stać na znakomite wyjątki, które przez szereg lat miłościwym gestem Boga wpadły gdzieś na skrzyżowania z moimi drogami. Wielu już nie ma, ale te wartościowe zostały. Bóg? Też mi się „zweryfikował”. Można powiedzieć, że mój Bóg nie przeszedłby lustracji w IV RP. Ba, nie przeszedłby jej nawet w V i VI, a gdyby Sekta Smoleńska dyktowała warunki dłużej, nie zostałby wpuszczony przez granicę. No, poważnie. Jezus jest Polakiem. Bóg już niekoniecznie. A Bóg miłosierny i inteligentny – musi obchodzić Polskę przez kanał wizowy. U mnie ma azyl. Przez lata mieliśmy dość szorstki stosunek. Ale w końcu uznałem że jest i mam z bani rozmyślania, czy jest, czy Go nie ma – naprawdę, sporo problemów z głowy, małej natury zresztą. Jeśli ktoś nie wierzy – jego sprawa, pełen respekt dla takich poglądów. Nikogo nie zamierzam na siłę nawracać. Serio, nic nie mam do ateistów i Świadków Jehowy, chociaż przestali nas odwiedzać, odkąd mój pies Kiler zapałał miłością do nogawek wszelkich intruzów parę lat temu. Może i dobrze – co mam myśleć o Bogu, sam mi przecież powie – jest inteligentny, wystarczy słuchać. A napuszona ewangelizacja rozbiła się o kundla model skrócony wilk bez środkowego segmentu wersja usportowiona (obniżony przód, skrócone wydechy, do setki w sekundę, do furtki krócej). Rodzina – kolejna autoweryfikacja. Ta dalsza się pokruszyła, rozbiła o podłogę w kuchni. Ta najbliższa po latach mojego buntowania się, stawania okoniem i kłótni, w końcu zassała mnie w najszczęśliwsze chwile dorosłego życia. I życie oddałbym za Ich szczęście. Brat, Jego dzieci, Żona, rodzice. To jest to. Związki? Przeżyłem ich sporo. O losie, mógłbym wydać cholerne dwanaście ksiąg Pana Barteusza rozpisując się wierszem o moich podbojach, zawodach, rozpaczach i szczytach, o tych już jedynych ostatnich niepowtarzalnych wspaniałych, które robiły dokładnie to samo, co te mniej niepowtarzalne i wspaniałe. Oczy otworzyły mi się trochę w rozmowie z moimi Szefami jakiś czas temu, gdy moja pani od ubezpieczeń rozrypała mi psychikę na drobne kawałki. Babki to jednak umieją sprawić, że czujesz się jak szmata mówiąc do Ciebie jak do ekspedientki w sklepie jubilerskim z sponsorem za drzwiami. I wówczas moje Szefy powiedziały mi skubane kilka życiowych prawd, które do dziś są aktualne. I wiecie co? Warto być „Bad to the bone”, zły i prawdziwy – jeśli rzeczywiście tacy jesteśmy. Bo wtedy te drętwe pipy się od nas odbiją, a te prawdziwe kochane perełki – przykleją. A o to tu chodzi i naprawdę żadnej głębszej filozofii tu nie ma. Drugi ludź musi kochać zadziornych egocentryków uwielbiających kowbojki, Whitesnake, whisky, dobry seks i góry. Trudno oczekiwać by uwielbiała właśnie nas, jeśli jesteśmy mięśniakami z przerośniętym ego, uwielbiającymi wylegiwanie się nad morzem ze zgrzewką taniego sikacza przytarganą z najbliższej Biedronki. To musi trafić. I często jest tak, że musisz – mówiąc oględnie i zwięźle – pobyć przez kilka lat wrednym, zadziornym sukinkotem, żeby trafić na kogoś, kto uwierzy, że jesteś dobry. Dobra, bo ja tu się rozpisuję o pikanteriach i innych fraglesach, a co jeszcze przez te 35 lat? Serio, to niewiele się zmieniam. Jestem pogodny, wesoły, może więcej rozumiem, może wciąż potrafię utrzymać głód wiedzy na odpowiednim poziomie, może bardziej szanuję przyjaciół i mam dla nich więcej zrozumienia. Nade wszystko nie straciłem wiary, nie urwałem się ze swojej liny, nie skręciłem z drogi. Oszlifowałem to tylko, nadałem koloryt. A i tak gdy zamknę oczy, potrafię przypomnieć sobie krzywą podłogę w kuchni. Tatę z kotami. Mamę w trwałej ondulacji. Babcię wracającą z hydroforni, gdy fundowała atakującemu mnie kogutowi nagłą śmierć. Wspólne pojazdy tworzone z Bratem, pierwsze przejażdżki WSK-ą, gdzie siedziałem na baku, żeby Maciek mógł wrzucać biegi. I nasze eskapady z Łyżwowcem, którego skonstruował nam Tata. Brat gnał 80 km/h na oponach z śrubami prosto w trzcinę, na zamarzniętą taflę rozlewiska a ja z tyłu tworzyłem korytarz szerokości Magdy Gessler. A za nami czarny jak smoła pies Jagger. Pamiętam zaciętą twarz kierowniczki Alberta gdy mnie zwalniała. Na szczęście najlepsze w niej to Jej siostra i chyba tak zostało do dziś. Pamiętam jak każdy, najmniejszy psikus w Tesco był winą moją i Michała – szafki odwrócone drzwiami do ściany, rowery owinięte papierem toaletowym, buty w sedesie, talerze przyklejone klejem montażowym do sufitu szatni. I nasz śmiech, kiedy szliśmy na urlop. Pamiętam ryby z Przemkiem i „Drużynę A” hurtowo pochłaniającą wściekłe psy w barze Tequilla. Pamiętam szalone wypady w góry, powroty za dwa złote z Lublina, kąpiele w przygodnych jeziorach i pizzę „Zemsta Kucharza” w Zwierzyńcu, po której oddechem mógłbym spalić przeciętnej wielkości las równikowy. Koncerty z Mylymi i spalone ręce przez piecyk w barze w Okszowie, Staśkowe wymowne „czy mógłbyś nie śpiewać „suko” w piosence o papieżu?”. Pamiętam powrót ze Szkocji, jak z innego wymiaru, innej galaktyki, po to by się przekonać, że ta moja jest najlepszą, jaką mogę przemierzać. Chlanie z Forestem do czwartej rano na balkonie. 128 dowcipów ciągiem na drugim roku studiów magisterskich przy Warszawskiej 413 na stancji u Pana Andrzejka, którego złoiliśmy siermiężnie i epicko swojską „Perłą”. Concorde w muzeum w Szkocji. Black Sabbath w Londynie, Deep Purple w Rzeszowie, AC/DC i Whitesnake w Warszawie.

            I w żadnym z moich wspomnień nie ma wielkich pieniędzy.

            Nigdy nie byłem na nie łasy.

 

            Dziś te wszystkie wspomnienia mam na wyciągnięcie ręki. Zawsze chciałem żyć i doświadczać, a nie zarabiać i dorabiać. Nauczony byłem kochać, istnieć i cieszyć się tym co mam, a nie podążać za brzękiem monet w zakątki obezwładniającej pustki. Dzięki temu dziś mogę cieszyć się tym, że jestem sobą, a nie kimś jak wszyscy. Mogą nazywać mnie filozofem, celebrytem (pisownia zmieniona specjalnie ;) ), tak naprawdę bowiem liczy się to, co sam o sobie myślisz. Reszta to tylko opinie, kształty, które, gdy jesteś już ukierunkowany, nie powinny mieć żadnego znaczenia. No i nie mają. Może po drodze popełniłem błędy, może zdarzyły się nawet duże katastrofy. Co z tego? Wszystko było po coś nadal jest! I wiecie co?

 

            Warto !!!