Bileter w autobusie

Plug Me In, Fuck You Off

 Badass1.jpg

            Minął tydzień a ja mam milion nowych doświadczeń. Podstawowe, które zmieniło punkt widzenia ciągnęło się przez niemiłosierne pięćdziesiąt metrów do skrzyżowania, do którego zbieżnym kursem zmierzał nieświadom niczego ciągnik siodłowy marki Scania. Sandały w podłodze, ręce na lejcach, oczy prawie zamknięte – przeżyłem. Cholerna zima wyprawiła mnie prawie na tamten świat. Gniew i furia, z jaką wciskałem pedał hamulca w samochodzie, oraz – mimo wszystko! – wrodzona ostrożność zahamowały mą wędrówkę w zaświaty. Jakby ukąsił mnie wilkołak. Nagle wszystko ma nowe znaczenie. Wszystko się zmienia. W jednej chwili byłem sentymentalny, w drugiej – bez sentymentów poczyniam sobie z ludźmi wychodząc z założenia, że marnują mój czas. Oto bowiem nawarstwiło się w nich – falowo wręcz! – przeświadczenie, że mogą żyć w ułudzie pozorów. I karmią się tym, karmią wręcz niepokornie, jak gęsi w chowie przemysłowym nadstawiając nienasycone kichy, głodni adoracji, świętojebliwego uwielbienia, zachwytu. Nie sądziłem, że wzbudzam w ludziach tyle niechęci i zawiści przez sam fakt, że jestem. I może też dlatego, że jestem od nich inny. Za otwarty i bezpośredni na czas, który istnieje TERAZ i nie można mieć innego.

            Kogoś ma, lecz nie mówiła mi, że ma. Teraz chciałaby kawy i rozmów, które przestały mi smakować, bo nie lubię czuć się jak cholerna nalepka na lodówkę z napisem „friendzone!”. Inna nie zna mnie od czterech lat, ale wyzywa od konusów i filozofów, do tego nie w moim towarzystwie,  i nie mogę niczego kobietom zaoferować bo cytuję „gdzież taki biedny coś kupi [mi]” ??? Ale gdybym miał hajs, nie przeszkadzałoby jej ani to, żem karczemnego wzrostu i spojrzenia kaprawego. Zgiń przepadnij ! Woli więc fanatyka cejlońskiej herbatki z przepastną nadwagą i bezdennym portfelem. Bo skoro sama nie umie – to lepiej zarobić wypiętą kapą, przynajmniej coś kupi. Buty, kapcie, skarpetki, pierścionek z bursztynu. Jak głosi reklama, kto bursztyn da, na ślubie się własnym z obdarowaną spotka. Co za kpina z zwykłego człowieczeństwa! Ono też jest sprzedane! I do tego, co gorsza – z satysfakcją. Na kawę się chcę umówić – ale to tylko rozmowa… Kawa, to co innego. To już spotkanie. Na jakiej planecie żyję, skoro kawa przy dystansie stolika oznacza nie wiadomo co? Jeszcze jedna – spotkamy się, kawkę się wypije, pośmiejemy się – i co? Nagle odwrócili się od niej znajomi. Pytają na bezczela „To co, Bartuś na kawkę nie wpadł?”. Dowiaduję się też, że moja niedoszła – a w zasadzie dobrze !! – Teściowa pojechała z moją siostrą za to, że jej córkę woziłem po rodzinie (kiedy z nią byłem – dobre, co?). A wśród sąsiadów przeprowadzała wywiad środowiskowy – co ja za człowiek, ile mamy kasy i tym podobne. To już nie liczy się, czy dobry, czy zły, czy uczciwy czy szczery???? Ludzieee! Gdzie Wy macie rozum? Gdzieś między plecami a łokciami, którymi się rozpychacie? Kiedy pojmiecie, że życie nie musi składać się  z Waszych punktów widzenia i nie musi mieć kształtów Waszej dupy, którą na ziemię upadacie? Życie można obserwować z całkiem innej perspektywy. I ta inna perspektywa tak bardzo Was uwiera, że odmieńca traktujecie jak cholernego trędowatego, ale nie gardzicie podwózką po pracy, fajką z pełnej paczki czy okazjonalnym zdjęciem bo akurat owa inność ma aparat w łapie? Jakiż absurdalny punkt widzenia na świat trzeba mieć, by w tak dowolny sposób manipulować swoją moralnością? Gdzie znajdują się idee, szkielet, rozum, skoro gdy pomagam jestem git, a jeśli się w czymś różnimy – to już wróg? Przykład. Blondyna i Czarna mają zdjęcia. Blondyna zatańczyła z innym, ma zdjęcie, którego nie mogę usunąć gdyż… jestem w pracy. Blondyna idzie do Czarnej i nakręca jej na uszy taki makaron na mój temat, że moje własne ziemniaki ustawiają się w karną czwórkę i wychodzą z piwnicy. Przez fotę, której nie mogę usunąć na obecną chwilę. Uwierzycie? Błahy powód, złamana fajka, brak odpowiedzi, krzywe spojrzenie może skutkować załamaniem jakiejś relacji, jakiejkolwiek! Bo wszystko ma być „ach! Och! Jakaż jesteś cudowna i wspaniała!”. Zdarzyło mi się zagadać kiedyś do pewnej Panny w takim właśnie stanie permanentnego podekscytowania. „Hej, fajna uroda :) Co tam jak tam? – Oj fajna… gruba jestem. – To na razie”. Trzeba było zobaczyć jej minę. No skoro sama o sobie myśli że jest gruba i brzydka, albo wie że nie jest, a czeka pełna cholernej próżności na komplement – to po kiego chu…….steczkowego tracę przy niej czas? Jutro może zabraknie mi pół metra do pędzącej Scanii. A ja zmarnuję ostatnie godziny mojego życia na paplaniu o gównie i cukierkach z pustostanem w za krótkiej spódniczce i za ciasnym staniku, wpatrzony w nią jak w pędzącego Chargera rocznik ’68, jakbym widział Led Zeppelin przymierzających się do otwarcia koncertu na sto tysięcy ludzi, oszukując ją że mądrze mówi, a w głowie usiłując bardzo usilnie nie złożyć trzech wyrazów w jakże wymowne „Co Ty pierdolisz?”. Do tak wielu ludzi potrzeba dziś dekoder, że Ci prawdziwi są na miarę odbiornika klasy Rubin w doskonałym stanie.
I uwierzycie? Ci ludzie, wychowani w tyranii własnego, bezkrytycznego mniemania o sobie, napchani po przesłodzone brzegi przeświadczeniem o byciu idealnymi, stuprocentowo pewni, że są najlepsi a ich punkt widzenia jest najlepszym z możliwych – oni tworzą nasze otoczenie. Oni zabierają nam czas. Oni sprawiają, że koloryt dni zmienia barwę na szarość. Ideał? Wysoki przystojny i bogaty. Ale co, to Ci mniejsi, mniej ładni i biedniejsi nic już nie mieli do powiedzenia? Są skazani na odwyk, odpych, na ściek życia, bo nie chce ich księżniczka spod baru w pończoszkach z wzorkiem modnym w sezonie jesień 2011? Czy to nie jest kpina z tego obłudnego galopu za tak zwanym „fejmem”?

            Dlatego wolę tych szczerych. Tych, co pachną smarem i piwskiem. Wolę te lekko zadziorne panny, które nie oszukują, że się im nie podobam, nie wodzą za nos, nie okłamują, byle tylko zyskać kolejnego pochlebcę, ale można z nimi strzelić drinka, zatańczyć i rozejść się w dobrym humorze, nie zmywając im z twarzy połowy tynku. I te, które nie pindrzą się godzinami przed lustrem, siadają przy stole z zaparowanymi okularami w koszuli w kratę i mówią „Tak Bartek wiem. Mam znakomitą dupę. Pijemy?”. Wolę tych, którzy mówią wprost, nie afiszując się ze swoją świętością, nie obnoszących ze swoim błyskotliwym uśmiechem, nie pultając się w komentarzach na temat wyśmienitego koncertu Piaska co miał zęby jak opakowanie orbitek. A najlepsze, że przez wielu właśnie tak jestem postrzegany. Co jeszcze lepsze – oni mnie w ogóle nie znają. Weźmy takiego Malina. Malin jest największym oblechem jakiego znam. Ma zdjęcia jako ksiądz w podwiązkach, pseudo-członek Kiss, drwi z ONR-u, kleru i wszystkich świętości, publicznie mówi że seks analny od oralnego różni się cytuję „kierunkiem natarcia na przewód pokarmowy” ale wiecie co? Mieszka w UK i pamiętał gnojek, że wykupiłem mu konto w JoeMonster i przytarmosił mi flachę nalewki w podzięce. Dlaczego? Bo jest szczery. I nieważne, co o kimś mówią. Cholerny Malin, w wielkim BMW, z radosną nadwagą i pypciem na pucołowatym ryjku wparowuje w zimny wieczór i daruje mi flachę ze słowami triumfu „nie zapomniałem!”. Można? Można. Ludzie polegają na opiniach, a nie na własnych ocenach, dlatego Ci myślący odwrotnie są tak bardzo w cenie. Nie chcę więc myśleć i działać kategoriami ludzi, którzy mierzą się na pozory i oceny. Nie chcę marnować czasu dla ludzi, którym trzeba wypełniać pustkę życia, bo sami nie potrafią go zagospodarować. Nie chcę ludzi, którzy nie są głodni. Nie chcę sytych, przeświadczonych o swoim cudownym urodzeniu, nieziemskiej urodzie i nieokiełznanym talencie. Nie chcę ludzi, którzy za szczerość odpłacają nienawiścią. Rzecz w tym, że się nieustannie takowi pojawiają. Cóż, trudno. Będziemy ich unikać. Jak mawia Mój Tata,  lepszy jeden prawdziwy komunista niż dziesięciu fałszywych katolików.

            Poświęcamy życie dla ocen, opinii i szukania akceptacji. Gonimy za adoracją, uciekając od krytyki i uważamy, że to słuszne. To dlatego ładne laski mają zawsze dwie koleżanki odbiegające od nich urodą. Pomaga to w budowaniu własnej oceny, może na zasadzie banalnego kontrastu – ale skutecznie. Pora zrozumieć, że czasami będziemy pół metra za daleko, a wtedy nie będzie już możliwości zmian. Nie chcę się znaleźć w takiej sytuacji. A kiedy się znajdę – nie chcę żeby moje życie, które przemknie mi zapewne przed oczyma, miało wiele fragmentów, które wypadałoby przewinąć bez podglądu do przodu. Lepiej dobrze wypełniać czas, od dziś, od zaraz, od już - niż go tracić.

            Wymyśliliśmy tysiące sposobów zabijania czasu.

            A ani jednego, by go wskrzeszać. Dlatego, przy dźwiękach AC/DC idę go dobrze wykorzystać – czego i Wam życzę.