Bileter w autobusie

Nasunięty na czoło

 Kurtz-2.jpg

            Każdego dnia startuje ostatnia doba naszego życia, wiedzieliście? Kolejny dzień pijemy sączącą się z krwawych pól kukurydzy i kapusty zawiesinę. Nie mamy już obojętności, mamy tylko radykalizm. Z jednej strony możemy nie lubić PiS-u i być komuchami, lewackimi pedałami, kodowcami wspierającymi machlojki szefów i podnóżkami Unii. Z drugiej możemy lubić PiS – i być katotalibanem rozochoconych prawicowych półgłówków z flagami Oeneru na ramieniu. Nie ma nic pomiędzy. Nawet drogi. Nawet skrawka miedzy, gdzie można by umieścić „Samych Swoich”, Franka Dolasa i „Czterech Pancernych”. Nic.  Kolejny dzień oddajemy się życiu, które polega na pracy, by móc żyć. A kiedy nie musimy już pracować, umieramy, bo nie mieliśmy po co żyć. Trwonimy nasze modlitwy, codzienne troski, pozwalamy by marzenia które sięgały podstawy chmur i przyjemnie rosiły czoło, skracały się aż do odległości dającej wyrazić się w sekundach. Jednocześnie kęs za kęsem pochłaniamy pokarm z stereotypów. One pozwalają nam w końcu przetrwać, ocenić, wydawać wyroki. Pozwalamy sobie na oszukiwanie się, w imię wielu prostych korzyści. Głównie wygody. Lub adoracji. Lub wygodnego dystansu do krytyki.

            Ciągle mówimy „za jakiś czas”, odkładając na bok nie tylko rodziny, ale własną młodość. Dajemy sobie dorosnąć za wcześnie, a potem próbujemy całe dojrzałe życie udowodnić, że wcale się tak nie stało, wychodząc na tym kompletnie żałośnie. Komplikujemy każdy nowy dzień, grając przed kimś kto nas nie zna kogoś kim najczęściej nie jesteśmy,  na scenie sieci, która naprawdę przecież nie istnieje. Zastępując wiatr i słońce ciekłokrystaliczną chcicą w kształcie przeciętej brzoskwinii, którą nieustannie miętosimy w dłoniach, informując wszystkich dookoła co robimy i jak bardzo nie obchodzi nas to, co inni myślą. W tyranii optymizmu, pozbawieni samooceny, otoczeni znajomymi, którzy podnoszą kciuk lub go opuszczają. Gotowi na wszystko, ale tak naprawdę – nie gotowi na nic.  Udający mega doświadczonych, ale tak naprawdę nie doświadczający niczego. Od imprezy do imprezy, krok za krokiem oszukujemy czas, że możemy dowolnie zmieniać dorosłość w młodość.

           

            Świat pełen jest księżniczek, które nie poznają swojego księcia nawet wtedy gdyby podszedł i ugryzł je w dupę. Pełen jest też księciów, którzy z szlachetnym urodzeniem mają wspólne to, że dbają o dwór – najczęściej niskiego sortu i skłonny do pochlebstw co najmniej tak samo jak do oddychania i jedzenia. W ten sposób budujemy legendy – na styropianie nieomylnych opinii, wypłukanym z rzeki tandetnego szkła. Jedni i drudzy budują królestwo oparte na wzajemnym nieposzanowaniu, niechęci i jednocześnie chęci – bo nawet jeśli się kogoś nie chce, ale istnieje wyższa konieczność, to tak jakby się chciało. I nawet umiemy to w sobie usprawiedliwić, a nawet znaleźć na to dowody - robimy wszak tysiące zdjęć, ale ani jednej fotografii.  

            W tym świecie pozostaje być ostrzejszym od jego krawędzi, a jednocześnie zachować coś w środku co pozwoli przetrwać. Rodzaj miękkiej tkanki, dającej nadzieję. Wszystko bowiem na Ziemi do siebie pasuje – poza ludźmi. Staliśmy się niewdzięcznym za istnienie gatunkiem, który przoduje w wymyślaniu sposobów, w jaki może się wytępić. A przecież tyle dookoła istnienia, za które warto być wdzięcznym – rzecz w tym, że dla nas to nie rzeczy, które możemy postawić w salonie, tuż obok barku. Głupota ma pewien urok, ale ignorancja nie ma go w ogóle – a pędzimy przez życie jako ignoranci, wstydząc się swoich instynktów, kamuflujący popęd, podążający za wygodą i zapominając o tym, że życie trwa chwilę. I dziś mamy tego efekty. Nie musimy śpiewać by być gwiazdami. Nie musimy tworzyć, by być artystami. Nie musimy żyć, by być uznanymi za gwiazdy życia. I w tym słodkim pieprzeniu zapominamy, że wysychamy jak odkręcony klej, a po pierwszych 30 latach następuje kolejne 30 które może być tylko efektem doświadczeń tych pierwszych. Runęły ideały, ale pozostały puste idee. Runęli idole, pozostali idioci. Pełni gniewu i głodni adoracji trwamy od punktu A do K, a od M do Z – żyjemy obwiniając resztę i psiocząc na kolejne pokolenia. Przeraża mnie pokolenie, które nie zna Breakoutu, brzydzi się Sienkiewiczem i szydzi z Niemena, ale pretenduje do wszystkowiedzącego. Parskam sardonicznym śmiechem na myśl o dzisiejszych kryteriach, pełen wciąż młodzieńczej nadziei na lepsze jutro. Tak mnie ulepił czas, tak ugniotły mnie tysiące niemych, nie znających imienia wkurwień, porzuceń, złych decyzji, odepchnięć, kopów, szyderczych śmiechów, kpin, zawiedzonych nadziei. I dziś się śmieję. I dziś śmieją się tysiące podobnych do mnie, choć tak bardzo różnych, nie tylko z mojego pokolenia, także tych młodszych. To rodzi jakąś nadzieję. Niewielką – ale zawsze.

            Czas nie goi ran. Czas przyzwyczaja do bólu. Tak często mylimy te dwa pojęcia, że jedno z nich weszło nam w krew, chociaż w większości jest błędne. Czas to jedyna materia, której nie umiemy złapać w dłonie, sprawić że będzie namacalna – a jednocześnie jedyna, którą znamy wszyscy. Każdego dnia nie zdajemy sobie sprawy z jego nieuchronnego tempa. Po co nam kasa, skoro nie możemy kupić czasu? Po co nam nowe fury, skoro starymi nie potrafimy odjechać od domu dalej niż za horyzont? Po co nam nowe aparaty, skoro nie umiemy wciąż fotografować, a bezwolnie zsuwamy się w bezdenne pstrykactwo?  Po co nam ciuchy, skoro mają wywrzeć wrażenie na tyle skuteczne, by je móc zdjąć?  Po co nam dusze, skoro myślenie może obejść się bez nich? Po co nam idole, gdy sami nie umiemy się nimi stać? Po co nam wakacje, skoro nie umiemy z nich korzystać? Każdy w życiu powinien znaleźć to jedno, zajesmerfne „COŚ” i dbać o to, kochać i dawać się temu porywać. Inaczej cały nasz wysiłek, by przetrwać skupimy na tym, by być kopią czegoś co widzieliśmy lub imitacją czegoś, czego nigdy nie zobaczymy.

           

            Czy mam to coś? Z pewnością. Pcha mnie to do tworzenia, do pisania, do fotografii, do myślenia. Zaprowadza mnie na krawędź łóżka, zgrywa z porannym zgrzytem rozrusznika w moim wiekowym Szerszeniu. Wlewa się z poranną kawą i wieczornym łyskaczem. Nie umiem tego precyzyjnie nazwać – ale to bardzo dobrze, bo zdefiniowane przestanie być „czymś”. Ale z pewnością to mam. Z pewnością ma to każdy z nas, nieodmiennie i bezwzględnie – tylko nie każdy szuka. Nie każdy znajduje. Nie każdy w końcu potrzebuje.

           

            Chciałem napisać dziś o „czymś”. Chciałem zajrzeć za kliknięcia, także te na „nie”. Chciałem spojrzeć w twarz owemu adwersarzowi, ale wychodzi na to, że spojrzałem na własną. Nie martwię się za bardzo. Udało mi się odbiec na tyle daleko, by móc chwilę pomyśleć nad każdym krokiem, z radością popełniać błędy, móc napyskować realności, okazać krnąbrność i nieposłuszeństwo całkowicie świadomie. Co nas pcha by to robić?  To „coś”? Pcha nas więc…

 

            …do „czegoś”?