Bileter w autobusie

Szkoła Latania

Champion-3.jpg

 

 

                - No i co?

            Nie wiem, czy to było prowokacyjne pytanie, czy tylko pytał, by cisza nie wypełniała naszej rozmowy zbyt ostentacyjnie. Był dziś nieco ociężały ale w doskonałym humorze.

            - No i nic. Jak po świętach?

            - Doskonale. To o co pytałeś, hm, trudno to wytłumaczyć.

            - Pierwsze słyszę, że nie potrafisz.

            Bóg pochylił się do mnie konfidencjonalnie. Dał znak ręką, bym mówił, chociaż jestem pewien, że zrozumiał za pierwszym razem.

            - Dobra – mruknąłem – jeśli, jak wszyscy wiemy, umarłeś na krzyżu za nasze grzechy, to dlaczego się dołujemy z tego powodu i wyrażamy głęboki żal z tego powodu, skoro sam tego chciałeś i wiedziałeś od początku, że baterie wyjmą Ci tylko na chwilę?

            - Dość bolesną, przyznaj.

            - Nie przeczę. Tylko to stawia ten cały smut pod znakiem zapytania.

            - Tylko tu. Popatrz na Meksyk. U nich nawet pogrzeb to powód do radosnego pląsania.

            - Może, ale żyjemy w Polsce. Istnieje dogmatyczny nakaz zwieszania głowy z powodu Twojej chwilowej śmierci, i wszyscy to ochoczo przeżywają, natomiast nie widzę, by tak radośnie działo się choćby w minione święta.

            - Ja też tego nie rozumiem – odparł wymijająco tak bardzo, że aż jęknąłem.

            - Możesz?

            - Co mogę?

            - Po prostu powiedzieć?

            - Przecież mówię – zaśmiał się, bo znów wyprowadzał mnie w pole. Czułem się jak krowa po spotkaniu z inseminatorem. Wiem, że ktoś coś robi i grzebie tam, gdzie chcę by grzebał ale mam nieustanne wrażenie, że jestem robiony w wała. – Słuchaj, to obrzęd. Jeśli starasz się dostrzec treść, a nie otoczkę, to co Ci to przeszkadza?

            - Bo dla mnie to pytanie fundamentalne.

            - Kościół ma fundament, Bóg ma sklepienie niebieskie.

            - Nie wymądrzaj się.

            - Bo?

            - Bo i tak wiesz wszystko. Mógłbyś mi odpowiedzieć wprost? Chcę wiedzieć.

            - Co chcesz wiedzieć?

            - Nie wytrzymam! – podniosłem głos na tyle, by podstarzała urzędniczka siedząca dwa stoliki dalej i konsumująca obiad dnia uniosła brwi w geście nieskalanego niczym zniechęcenia.

            - Za nerwowy jesteś. A odpowiedź jest prosta. Jak będziesz wiedzieć to co?

            - To będę wiedzieć – upierałem się

            - A czego będziesz potem szukał, jeśli będziesz wiedzieć? Nie sądzisz, że są właściwsi ludzie, którzy powinni zadawać takie pytania, a tego nie robią?

            - Bo z Tobą nie gadają.

            - To fakt – zasmucił się wyraźnie po raz pierwszy odkąd się zobaczyliśmy, zwiesił głowę na chwilę i popatrzył przed siebie, jakby chciał by myśli nieco zwolniły – ludzie coraz mniej ze mną gadają, a coraz bardziej mnie wyznają. Są rolki z Putinem, sam widziałem – uśmiechnął się – a ze mną nie ma. Czy powinienem czuć się zazdrosny?

            - Nie możesz – tu go miałem! – Bóg nie może być zazdrosny.

            - Tu mnie masz – przyznał. – Ale wracając do pytania. Nie możesz tego wiedzieć. W tym tkwi sens życia, by cały czas tego szukać. Obojętnie, czy jesteś katolikiem czy ateistą, wierzącym czy antyklerykałem. Szukasz tego czegoś, odpowiedzi na zadane pytania, jasnych i klarownych. Gdy Ci odpowiem, sens Twoich poszukiwań zniknie. Pies goni za autem, a co robi, gdy może je złapać? Nie wie.

            Czułem się szczęśliwy jak menel, który na mrozie zalał własne spodnie.

            - Wielki mistrz Yoda przemówił – zakpiłem – dziękuję Ci o panie, oto znalazłem odpowiedzi.

            - Ja jestem odpowiedź na wszystkie pytania – poprawił mnie, mrużąc oko – zatem fakt, znalazłeś.

            Zamilkłem. Tu mnie miał.

            - No – przyznał głośno, ucieszony moralnym zwycięstwem. – Mamy puentę.

            - Nigdy nie mam puenty – zaśmiałem się. – To trudne w naszych rozmowach. Po czasie dociera do mnie ich sens.

            - Bo go szukasz – rozłożył ręce w geście typu „tadaaaam”.

            - No  i dobra

            - Jakie plany? – spytał po chwili

            - Między innymi 400 km z buta, czerwiec. Na bogato, z Diablaka w masywie babiogórskim aż do Tarnicy. Mam swoje idee, spróbuję to w nie ubrać. Kupiłem nowe szkło, patrz, po dwóch latach pracy dali mi kredyt, bo mam stałe wpływy na konto.

            - Praca uszlachetnia – uśmiechnął się – A pokora umacnia. Z laskami trochę Ci nie idzie, hm?

            Nie podobało mi się to „hm” na końcu,  i jego zmrużone oczy. Miałem ochotę odpowiedzieć coś w moim stylu, ale uznałem, że to bez sensu.

            - Idzie nie idzie, źle nie jest. Czasami są jak wrzody na tyłku.

            - Miałeś?

            - Nie, na szczęście. Ale okropnie to wygląda. Myślę, że nie chodzi tylko o laski. Mam alergię na ludzi, którzy próbują mnie umoralniać. No i nie znoszę nacisku. Wielu chciałoby, bym przeszedł przez resztę życia w pokutnym worku. No a ja nie mogę, bo ciągle jest tyle fajnych rzeczy do zrobienia. A, jestem pseudocelebrytą, wiesz?

            - Hahahah – zaśmiał się głośno, pani urzędnik przełykając kęsy dobrze przyprawionego gyrosu, znów podniosła wzrok ku górze – tak? Mm, to bosko.

            „Bosko” wskazywało na jego niezrównane poczucie humoru. Kochał się w takich lapidarnych określeniach, które z lubością spowalniał, akcentując pojedyncze litery.

            - Jestem pseudocelebrytą, bo jakie miasto tacy celebryci. A, no i gwiazdą.

            - Straszne. Długo się z tego śmiałeś?

            - Pół dnia. Drugie pół mało gwiazdorsko pracowałem.

            - Ludzie mają za dużo czasu na myślenie – skonstatował, rozkładając potężne ramiona na oparciu strzechowych ław – mówię Ci, serio. Zamiast czynić jakieś dobro, zajmują się gadaniem. Ale spoko, chyba przywykłeś.

            - Oczywiście. Drażnią mnie tylko skrajne przypadki.

            - Skrajne tylko nas umacniają. To w końcu wiedza.

            - Wiedza to potęga. Ale muzyka jest najlepsza.

            - Wiem.

            - Wiem że wiesz. Zabrałeś w ubiegłym roku tylu ludzi, że strach myśleć, jaki koncert grają tam na górze.

            - Zgadza się. Wyśmienity. I nikt się nie kłóci. W końcu to niebo.

            - Ha, ja tam tego nie wiem.

            - Pewnie. Bo co będzie, jak przyjdziesz do bramy, a Kierownik Bramy, mistrz zmiany Piotr zwany świętym spyta Cię „no i jak było w niebie?”.

            - Lipa.

            - Dokładnie. Dlatego lepiej nie wiedzieć, a zamiast tego robić coś dobrego. W ostatecznym rozrachunku i tak wyjdzie na Twoje. W ujęciu codziennym, jak i tym ogólnym życiowym. Podążaj, walcz, twórz. To najlepsza recepta. Bądź takim gierojem, co robi po prostu to wszystko dobrze.

            - Będę robić.

            - Dobrze.

            - Dobrze! 

            Wstał, zakładając kurtkę. Omiótł „Strzechę” wzrokiem, pogładził zarost. Wiedziałem, że już idzie, chociaż czasu znalazł dla mnie dziś więcej.

            - Patrz – powiedział zasuwając suwak – w niedzielę ludzie mnie kochają. A na co dzień to takie trudne?

            - W żadnym wypadku

            - Dlatego że nie myślą – podniósł palec wskazujący i przybrał kpiący, silący się na moralizowanie ton – A gdy zaczynają, okazuje się że są chorzy, na emeryturze albo właśnie jest niedziela. Żyć trzeba codziennie – wegetować można czasami.

            - Święte słowa.

            - Wiem.

            - Wiem że wiesz.

            Uściskaliśmy się. Wracałem do domu ucieszony. Awaria w Szerszeniu okazała się spowodowana wadliwym kablem, a nie buntem grubszego kalibru. Zrobiłem już pierwsze zdjęcia, Mama dotarła bezpiecznie do szpitala, a ja pierwszy raz sam w życiu przyjąłem księdza po kolędzie. Zawsze robili to rodzice. Miałem już też odwagę wykreślić niewłaściwych ludzi, a tym pozostałym, nawet zgorzkniałym, złym i zmęczonym, wlać trochę otuchy w czaszki. Nie jest tak źle.

            Jak to mówił? W tym tkwi sens.

            Robić dobrze, to co się robi i wierzyć, że warto iść po odpowiedź. Sama wędrówka tym tropem może być odpowiedzią.