Bileter w autobusie

Pielgrzymi Gniewu

Walk-on-water.jpg

 

 

            45 lat temu w Stanach doktor Zimbardo przeprowadził tak zwany eksperyment więzienny w Stanford. Grupę wyselekcjonowanych ludzi umieścił w prowizorycznie skonstruowanym więzieniu, innej grupie dając władzę strażników, a jeszcze innej więźniów uprzywilejowanych. Skutkiem eksperymentu był tak zwany „Efekt Lucyfera”, sprowadzający się do pytania dlaczego dobrzy ludzie czynią zło. Zimbardo chciał skonfrontować tezy o radykalnej zmianie zachowania  i skłonności do ogromnego okrucieństwa zwyczajnych ludzi, kiedy stają się anonimowi i mogą traktować innych przedmiotowo. Wykazał w tym, że otoczenie ma niebagatelny wpływ na ludzi. W zasadzie  fundamentalny – po zakończeniu eksperymentu ochotnicy opuścili „więzienie” i bez żadnego żalu, skruchy czy wzruszenia ramion wrócili do normalnego życia, pielęgnując swoje ogrody, pykając papieroski i dobierając się do amerykańskich biustów swoich amerykańskich żon. Przy czym najsłabsze psychicznie jednostki, które jednocześnie były strażnikami, dopuściły się takiej eskalacji okrucieństwa, której eksperyment nie przewidział – i z tego powodu został przerwany. Płynie stąd mało pocieszający wniosek – ludzie w zależności od warunków, w jakich się znajdują, są w stanie zmienić się z porządnych, uczciwych obywateli w współczesnych kapo szalejących w totenlagerach, chełpiących się i chciwie pożądających większej ilości krwi. Efekt Lucyfera nie zostawia złudzeń – każdy aniołek może stać się diabłem, jeśli tylko zaistnieją odpowiednie zmienne. Często niezależne od ludzi, którzy zresztą sami mogli te zmienne stworzyć. Izolujemy się, prawda? Często wobec świata nie, ale ludzi – jak najbardziej. Izolacja potęguje znaczenie skrajnych czynników decydujących o naszym nastroju i nastawieniu. Budujemy swój własny gniew jakby z małych klocków, a kiedy chcemy się od niego uwolnić – szkoda nam, bo budowla jest tak silna, tak mocna i tak obezwładniająco potężna, że …działa. I jest skuteczna. Ritchie Blackmore, gitarzysta, udawał wściekłego na cały świat przez trzy dekady. Dlaczego? „Kiedy jestem wściekły – dostaję to co chcę. Nikt do mnie nie podchodzi, i każdy łazi na palcach” – odpowiadał. Obecnie Rysiu to pogodny pan, który po koncercie wychodzi do fanów podpisać autografy. Ale w latach siedemdziesiątych demolował sceny, wyrzucał menadżerów z garderoby i podpalał na scenie własne wzmacniacze – za cenę izolacji uzyskiwał pożądany święty spokój, co był łaskaw wyjawić dopiero w XXI wieku. W naszym codziennym życiu uzyskanie takiej izolacji jest niemożliwe. Wolne zawody sprzyjają obezwładniającemu wkurwieniu na wszystko dookoła. Dlaczego? Bo są zdominowane przez ludzi o powiększonej wrażliwości i często pozostających w dystansie do społeczeństwa, w jakim przyjdzie im funkcjonować. Ze swoich słabości budują ścianę, by przetrwać,  inaczej poddaliby się rujnowaniu własnych idei z gracją miasta na trasie przelotu przeciętnej niemieckiej Kampfgeschwader na froncie wschodnim. A jeśli wolny zawód trafi do przeciętnej korpo, manufaktury, zakładu, sklepu? Przecież często są tam ludzie o  sporych zdolnościach, pasjonaci, twórcy. Maszyna ich niszczy, a im mocniej to robi – tym mocniej pulsuje w nich niechęć i gniew. Chcesz poznać człowieka – daj mu władzę. Ten stary cytat pasuje jak ulał do dzisiejszych czasów – tylko za władzę płacą poddani. Którzy często, jak wspomniany Ryszard, chcą mieć spokój. Ponieważ nie mogą go uzyskać – widzą bowiem więcej i czują znacznie lepiej – rodzi to dysonans, potem izolację, a na końcu dowiadujemy się, że jakiś Breivik z gracją operowej divy strzelał do ludzi. Że niejaki Brunon planował zamach. Że inny gość rzucił gównem w słoiku w tablicę, a jeszcze inni pomalowali pomnik na cmentarzu. Wszyscy jesteśmy więźniami totalitarnego systemu opartego na pieniądzu. Wszyscy w jakimś umiarkowanym stopniu poddajemy się władzy i umiarkowanie ustępujemy na rzecz ogólnego spokoju. Rzecz w tym, że często, w miażdżącej większości, równamy do dołu. Społeczeństwo ma być równe. Pozbawione gór, dolin, zmian, ma być klarowne jak świeży rosół. I często Ci najsłabsi otrzymują władzę, bo są na tyle tępi, by rządzić innymi z radością i okrucieństwem wciskając ich w symboliczną rolę cegły w nieopatrznie budowanej ścianie. Wśród niedojrzałych, niedorosłych poranków, wśród kurzu i wiatru krawatów, wśród chmurek i krat jedni pielęgnują swoje etaty, upajając się władzą, a inni pielęgnują swój bunt, tęsknym wzrokiem spoglądając w kierunku oddychającego popołudnia, gdy wyrwani z klamry mogą spokojnie pieścić końcówkę dnia celem uzyskania całkiem innych iskier, niż normalnie.  Błagalnym wzrokiem tęsknią do swojego gniewu,  bo bycie Lucyferem przewrotnie pozwala na odporność. Odporność zabija wrażliwość – i stajemy się cieniem własnych idei,  chcąc łapać powietrze zaciśniętą pięścią. Czy warto? Warto. Bo to sprawia, że oddycham. Że mam w swoim życiu realne pasje, realne wartości – a nie ich cybernamiastkę. A powstałej pustki nie muszę wypełniać zachwytem nad samym sobą lub gonitwą za czyjąś adoracją.

            System, w jakim żyjemy, wtłacza nas w role. I pełnimy je z radością. Często z entuzjazmem – skoro coś sprawia nam przyjemność, dlaczego nie? Ale warto też pielęgnować w sobie taką cichą furię, taki dystans do tego co robimy, by nie zapomnieć, by nie stracić tej właściwej iskry, która stawia nas przed lub za szeregiem. Możemy w nim trwać, często musimy w nim iść. Ale po tym czasie mamy siebie – i nie pozwólmy żadnemu z szeregów budować wokół nas ściany. Słabości nas osądzą. Codzienność trzeba karmić – ale żyjemy nie dla niej, tylko przez nią dążymy do tych chwil które mówią nam, co jest szare, a co białe. Lub smoliście czarne.

           

            37 lat temu, osiem lat po eksperymencie stanfordzkim, zespół Pink Floyd wydał „The Wall”. Imponujące, dwupłytowe arcydzieło mówiące o wpływach otoczenia, o izolowaniu się od niego, o słabościach, o dominujących w naszym życiu totalitaryzmach, ludziach, uczuciach. Rozwinął sześciodniowy eksperyment w opętańcze, cudowne osiemdziesiąt dwie minuty zjawiskowej muzyki prowadzącej słuchacza do pozytywnego happy – endu, ale z uczuciem totalnego niepokoju. Czy tego niepokoju nie powinna budzić pustka wokół nas? Zachwyt nad niczym, pełzanie po ostrzu noża, błahość, pospolitość, wiara w nic, mechaniczne równanie poziomów? Powinno. W świecie, gdzie liczy się pieniądz i czas, warto nie liczyć kasy gdy czas staje w miejscu.

            Eksperyment Stanfordzki przeprowadzono na 22 studentach. Efekty były szokujące, skończyliśmy je – jako ludzkość – po sześciu dniach, by nie dowiedzieć się o nas samych czegoś, czego wypadałoby się wstydzić. „The Wall” od ponurego przełomu listopada i grudnia 1979 roku, gdy zostala wydana, okryła się do dziś 23 krotną platyną. Żaden podwójny album rockowy nigdy nie otarł się choćby częściowo o ten poziom. Myślę, że to dlatego, że historia Pinka zawarta na dwóch płytach floydowskiej „Ściany” to historia naszych własnych lęków i  obaw, zmieszana z pragnieniami i wartościami. Zimbardo ubrał to, co nas podświadomie, w zależności od warunków pociąga. Waters to, co nas tak naprawdę przytłacza, gdy warunki nas przerastają.

            Przestrogi mają już  prawie i już ponad  cztery dekady. A my wciąż tak samo, z uporem maniaka, biegniemy w kierunku ścian, by stać się ich częścią.

            Pamiętajmy o oknach.