Bileter w autobusie

Obłuda cukierków

Horodysko-2.jpg

 

            Mam szczęście. Naprawdę. Dowiedziałem się, że denerwuję się nie bez powodu. Na słońcu doszło do jakiegoś zamętu z pogranicza astrofizyki i chemii, który przekracza mój rozum i na ziemię chlusnęła fontanna wiatrów słonecznych zmieniających pole magnetyczne ziemi. Zatem nie denerwuje mnie polityka PiSu, obłuda, pustka, nie powodują mną niepotrzebne nerwy w pracy i wyczuwanie nieuchwytnego nacisku. Nic się nie dzieje, po prostu zmienia się pole magnetyczne ziemi, a mój mózg, niczym wielki, galaretowaty kondensator, pulsuje wściekle, gotowy dokonać srogiej pomsty w zapalczywym gniewie. Zachowywał się nad wyraz niepokornie, jak broń która prosi, by liznąć cyngiel ledwo wyczuwalnym muśnięciem palca i upajać się wyrzucaniem z luf ziejącego ognia. Gdybym był bronią – uczesałbym ołowiem niejedną fryzurę. Zatem czy powinienem się cieszyć? W środku nadwrażliwych jednostek, gdzieś na dnie reaktora dochodzi do ksenofobicznego pochłaniania pozytywnych neutronów, gdy ogląda  się to wszystko dookoła. Gdy widzi się pustkę, z której obecności nawet nie chce się korzystać. Widzisz piękną kobietę, której czar pryska po kilku zamienionych zdaniach – taki obłudny cukierek, który oszukuje Cię pazłotkiem, by pod spodem ukryć zupełnie przeciętną czekoladę i zupełnie przeciętne nadzienie. Czasami szukasz dalej, by wypełnić czas. Widzisz lekki, niezbyt uporczywy nacisk, gdy jesteś kolejnym na celowniku, czekasz by przyjąć cios, a potem dziwisz się jak bardzo nieracjonalne powody wystarczą, by kogoś zgnoić. A przy tym cały czas musisz toczyć normalne, codzienne, twarde życie, którego Twoja własna wrażliwość kompletnie nie obchodzi, którego nie interesuje celowość, kierunek i wartość. Musisz żyć, by funkcjonować, karmić wielkiego potwora paliwem, bo on go potrzebuje. W imię zasady zachowania energii nie pozwalam sobie więc na szczerość, bo konsumowałaby energię, która potrzebna mi gdzie indziej. A jej zasoby nie są nieskończone. Listopad mnie strasznie irytuje. To zupełnie niepotrzebny miesiąc. Zbiór wszystkich poniedziałków z całego roku podlany irytującym sosem zmęczenia. Człowiek po dziesięciu miesiącach podążania za noworocznymi postanowieniami dociera do listopada tak złojony, że nie ma ochoty na żadne nowe noworoczne postanowienia. Himalaistyczny wysiłek w myśl Fisher’owego stwierdzenia „It’s not the altitude, it’s the attitude”. No więc dbam o nastawienie. Ciągle, nieustannie, budząc się o piątej rano po głębokich snach, kołysząc na włoskach wspomnień. Biały dom, biała trumna pojemności pięciuset metrów sześciennych. Mgła na Wetlińskiej o 18.59. Kolejny wieczór upojony „Again” Archive. Teraz mam przynajmniej usprawiedliwienie dla tego marazmowego budyniu. Jest listopad i wieją wiatry słoneczne. Uff, odetchnąłem kurwa z uczuciem niewypowiedzianej ulgi.

            Przejdę przez to. Wszyscy przejdziemy, brodząc w zdjęciach wrzucanych na fejsa, potykając się o pustkę, śmiejąc z boskiego poczucia humoru. O tak, Bóg, Boss wszystkich Bossów ma niewymowne poczucie humoru! I wcale tu nie kpię, nie żartuję. Wystarczy pomyśleć – dzień dobry, żyjesz i umrzesz. Dla Ciebie to szereg lat, dla Boga chwila. Ile to dla Boga milion złotych? Nic. Boże, daj mi nic – za chwilę, jak głosi stary dowcip. Wszyscy umrzemy i to jest pozytywna wiadomość. Bez cienia sarkazmu uważam ją za pozytyw. Może ten listopad jest po to, by nas na to przygotować, jakoś umiejętnie stopniowo przełazić przez płoty problemów, by móc powiedzieć potem „dobra, dotrwałem do świąt”. A może wcale nie chodzi o to by dotrwać, tylko trwać? Czas tankowania, czas olśnienia. Zatrzymać się, zwolnić. Pomyśleć i docenić lato. Kiedy? W listopadzie właśnie, kiedy letnie chlanie tak bardzo różni się od jesiennego popijania. Kiedy brak nam długich dni i gorących wieczorów, kiedy jeździ się autem z włączonym ogrzewaniem, na zimowych oponach. Kiedy wychodząc do pracy przybija świadomość, że ciemność spowije otoczenie kołderką ciszy, zanim się z niej wyjdzie. Kiedy tak trudno o mistrzostwo, a tak łatwo o pierdoloną przeciętność.

            Trwam gdzieś z boku i przyglądam się temu, zza szyby. Robię co do mnie należy, pielęgnując w środku własny bunt, chroniąc go jak chore dziecko przed wpływami z zewnątrz. Dlaczego? Bo wiem, że niedługo znów będzie wiosna, anginowy ból gardła minie,  zmienię opony na letnie i przestanie mnie drażnić nieustanna litania na temat tego, jak ludzie w Chełmie się do siebie nie uśmiechają (taka rada – jak się nikt nie uśmiecha, i tak się uśmiechaj. Dla zmylenia przeciwnika), przestanę irytować się oczywistą głupotą jakiejś nadętej cizi w za krótkiej spódniczce i jakimś sfrustrowanym wewnętrznie smutnym gościem, który nazywa mnie pseudocelebrytą. No ale uzgodniliśmy, to efekt wiatrów słonecznych, dlatego gdy miną z pewnością nastawienie się poprawi.  Nieprzyjemne prawdy są zawsze lepsze od przyjemnych złudzeń, prawda? W ostatecznym rozrachunku wszyscy oddychamy tym samym powietrzem, chodzimy po tej samej ziemi, płynie w nas jednakowa krew i wszyscy jesteśmy jednakowo śmiertelni. Używamy czasu jako leżanki, a nie narzędzia i płacimy za to cenę. Paradoksalnie, im mniej go mam, tym więcej go cenię. Im mocniej go wypełniam, tym lepiej go wykorzystuję. Nie narzekam na to, że życie przynosi jakieś trudności – od anginy po silnik w Szerszeniu. Proszę tylko samego siebie, by mieć na to siły, a jeśli nie mam – by coś uczyniło mnie silniejszym. A wtedy sobie poradzę, tak jak może to zrobić każdy z nas. Kennedy powiedział kiedyś „Nasze problemy zostały stworzone przez ludzi i mogą zostać przez ludzi rozwiązane”. Tego się więc trzymajmy, nawet w codziennym życiu.

            Śmieszne. Zabiła go demokracja, której wierzył i którą kochał.

            I to w listopadzie.