Bileter w autobusie

Once upon a time on the west...

hqdefault.jpg

 

 

            Od kilku dni następuje nieustające bombardowanie nas wynikiem wyborów w USA, zupełnie tak, jakby już się odbyły. Są to kolejne epokowe wydarzenia po poprzednich epokowych wyborach w USA. Tym razem szale zwycięstwa przeważają się bardzo subtelnie między wnukiem Herr Drumpfa (bo tak brzmi prawdziwe nazwisko Trumpa, jego dziadek był Niemcem), który słynie z odziedziczonej fortuny i trzech kasyn z których żadno nie przynosiło zysków oraz trzech żon, z których każda przynosiła mu dzieci. Oraz klejnotu jego programu – postawienia muru na granicy z Meksykiem, za który zresztą Meksyk ma zapłacić. Nie dla uchodźców – mówi Trump, chociaż sam się z nich wywodzi, a każda z jego żon ma inne obywatelstwo. Światły Donek ma teraz za przeciwnika Hilarię C, niegdyś słynną żonę słynnego męża, który wsławił się tym, jak drobiazgowo podszedł do zagadnienia działań pałkarza w owalnym gabinecie z niejaką Moniką L. (niby gdzie miała uciekać w owalnym gabinecie, do kąta?). Hilaria poparła także inwazje na Afganistan i Irak (jako gubernator). Oboje mają szanse zastąpić po wyborach światłego Barracka (nie ma tu rasizmu), który dostał pokojowego Nobla za spuszczanie wpierdolu na całym Bliskim Wschodzie, destabilizację rynku naftowego i zapewne spowodowanie, że cały Bliski Wschód przestał być komukolwiek bliski. Pokojowe, epokowe wręcz prawda? No cóż, jego poprzednik, gdy się dowiedział, że samoloty zrobiły sobie lotnisko z wież WTC, przełknął był ślinę i czytał dalej bajkę w przedszkolu. Więc to i tak postęp. Tak czy inaczej jutro się dowiemy, kto zostanie – a głoszą to media wszem i wobec – przywódcą wolnego świata. Sorry, ale nie moim. W żadnym wypadku nie pozwalam ani temu starszemu panu, który sra dolarami ani tej pani, która za uśmiechem jest za wojną a nie dała rady upilnować mężowskiego rozporka, być jakimkolwiek przywódcą świata. Mogą sobie być przywódcami co najwyżej Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej. Bo wolny świat dzięki takim ludziom jak oni, wcale wolny nie jest.

            Wmawia się mi jednakowoż, że jest to dla mnie i dla Polski wybór wielce ważny. Jakbym dokonywał wyboru między lobotomią a kastracją. Ten wybór dla nas nie ma naprawdę żadnego znaczenia. Prezydent USA może tu przylecieć, może coś obiecać – ale na tym, podobnie jak przez ostatnie 25 lat się skończy. Podobnie jak inni wszyscy prezydenci, którzy tu przylatują. Może poza Putinem który jak przylatuje i mówi, że nie wpuści grama jabłka do Rosji, to tak się dzieje. Przynajmniej jest słowny. Po 1989 roku zdążyliśmy jednak zmienić barwy wielkiego brata i wszystko, co płynie zza oceanu, nasi politycy łykają jak konie cukier. Tarcza? No pewnie, wpadajcie róbcie co chcecie – oddamy wam w posiadanie kawałek naszego suwerennego kraju, budujcie. Samoloty? – no ba, pewnie że weźmiemy. Jest 48. To sporo. Mamy szanse z Rosją. Najważniejsze to wkurwiać Rosję. Po to jesteśmy sojusznikami. Macie stary okręt „Oliver Hazard Perry”? Nazwiemy go „Pułaski” i niech pływa, ile wlezie. Żołnierze? Pewnie. Ile chcecie? 100,  500, 20 000? Afgan? Wzgórza Golan? Serbia? Irak? Bierzcie. Przecież my siedzimy za biurkiem, ranni będą oni. To się potem przeprosi. I takie tam. Przecież bronią demokracji. Gdzie kurwa, w Afganistanie? No błagam. A o wizy nie pytajmy, żeby nie irytować naszego nowego Wielkiego Brata. Ten obłęd i zaślepienie trwają od lat a w przeddzień wyborów wszystkie Kraśki, Kamele i inni dziennikarze dostają twórczego rozwolnienia, by uświadomić szaremu Polakowi, że wybór prezydenta USA ma dla niego jakieś znaczenie. Że to jest wyjątkowy, 2016 rok, bo poznamy nowego prezydenta. Nowego cezara otoczonego przez swój senat, którego życiem jesteśmy zmuszeni żyć bardziej niż własnym. Tyle że nasze własne wcale nie będzie od tego ani lepsze ani gorsze. Jesteśmy krajem, który ma marionetkowego prezydenta, który podpisałby kota, gdyby mu go ktoś podał. Mamy rząd i papierową panią premier, która jak kalka powtarza tezy zza swojego tronu. Mamy prezesa który w życiu nie miał baby, a chce rządzić słodkim kwiatuszkiem wszystkich kobiet w Polsce, do spóły z swoją panią rzecznik, której, jak zauważyłem, górna linia okularów nie pozwala podnosić wzroku na swojego Mao. Mamy też ministra obrony narodowej, do którego potrzebny jest dekoder. I całej tej ekipie przytrafiła się cudowna katastrofa smoleńska, dzięki której wyszli do władzy, eskalując różnice między ludźmi, dzieląc społeczeństwo na zaangażowane politycznie i takie, które rzyga polityką tak daleko, że dzień wyborów uważa za dzień stracony. Najśmieszniejsze, że ta ekipa jest współwinna katastrofy, naciskając na drugą wizytę i grzebiąc w szczątkach Tupolewa prezydenta, który był dużo bardziej liberalny od swojego brata. I nikt o tym dziś nie pamięta, nikt na to nie zwraca uwagi, że Ojciec R, znany pod bojowym pseudonimem „Babka dawaj rente!” nazwał pierwszą damę czarownicą. Zbiorowa amnezja. Teraz postawmy przy nas USA i pomyślmy, czy oni przejmują się nami bardziej niż jakąś południowoamerykańską republiką kokainową, z którą mają pewnie więcej wspólnych biznesów, niż z nami. Chociaż udają inaczej. Gdybyśmy Amerykańców traktowali tak jak teraz traktujemy Rosjan, przynajmniej i jedni i drudzy mogliby podrapać się w kosmate mordki i powiedzieć „No dobra – przynajmniej mają Polacy własne zdanie”. Wiedział to Piłsudski jakieś 80 lat temu, a my jakoś nie możemy naszym własnym politykom przemówić do rozsądku. Bo oczywiście liczy się to co amerykańskie, bo amerykański hegemon gwarantuje wolny świat. Wolny? Syria. Libia. Irak. Afganistan. Jordania. Pakistan. Czy to jest wolny świat, gdy za europejskim oknem banda muzułmańskich ekstremistów szlachtuje kobiety i terroryzuje wielkie miasta? Przepraszam, kto wywołał wojnę, przez którą oni rzekomo uciekają i kto wcześniej ich pompował pieniędzmi? Oczywiście to wielkie uproszczenie, ale nie aż takie. Tylko niepopularne – i zaraz mnie zjadą wszyscy za płyciznę poglądów. Może i tak – ale według mnie tak to właśnie działa.

            Nie mam nic przeciwko temu, co oferuje amerykański styl życia, o ile mogę go swobodnie dobierać. Robili fantastyczne auta. Nowy Challenger przypomina stare Muscle Cary, i na jego widok od razu wiesz, że to samochód, który wywołuje dreszcze. Mieli Elvisa, Grand Funk Railroad, Hendrixa, mają kulturę rockową, która w Europie trochę podupadła. Ale z drugiej strony lubię też smak wschodu. Lubię marzyć o Kolei Transsyberyjskiej, Lwowie, Petersburgu i wielkich muzeach Moskwy. Oraz lubię smak polskiego masła i chleba. Zapach polskiej książki, drogi, kobiety i milion innych spraw, które każą trzymać mi się z daleka od wzorców zza oceanu. Nie mam nic przeciwko ludziom, którzy się do nich stosują (wystarczy popatrzeć na modę młodzieżową), ani wysypowi „shopów” i „driverów” chociażby. Ale nikt nie wmówi mi że zmiana na amerykańskim tronie ma dla mnie jakieś znaczenie. Ekscytowanie się tym powinniśmy zastąpić czymś równie abstrakcyjnym, tylko weselszym. Ta zmiana nie przyniesie zniesienia wiz, obniżenia jakichś ceł, tylko kolejne wzajemne uprzejmości, które pogłaszczą ego polityków, a nas cień tego głaskania kopnie mocniej w zadek. Mi bez różnicy – ale chcę, żeby to był wciąż polski zadek.

              Tam właśnie mam igrzyska odbywające się za oceanem.

              Tym są dla nas prostsze do przełknięcia, że każdy z nas, co jakiś czas, czy król, czy dworzanin, czy chłop, czy miliarder - - siada na tron, pozbyć się tego, co niechciane. Czy chce, czy nie chce.