Bloog Wirtualna Polska
Jest 937 737 bloogów | losowy bloog | poleć tego blooga | inne bloogi | zaloguj się | załóż blooga
Kanał ATOM Kanał RSS
Kategorie

A Cup Of Freedom

wtorek, 15 maja 2012 22:31

           

      Nie uwolnię się już od tego narkotycznego zniewolenia krokami. Wędrowanie jest moim nałogiem tak jak byłaby kokaina, gdyby go nie wymyślono. Nie potrafię przestać się poruszać, dla chwil wspomnień, dla obrabiania pięciu setek zdjęć, dla popijania orzechowej Soplicy z mlekiem i lodami z rzeką szumiącą za oknem, dla wizyt w Siekierezadzie („To jest wino z beczki. Skuteczne”),  a nade wszystko dla poczucia wspólnoty z innymi ludźmi, oderwania się od przyziemnych problemów i gór. Gór rozległych, wciągających, przed którymi wypadałoby tylko uklęknąć i zatańczyć, a wchodzenie na nie, zdobywanie ich graniczy doświadczeniem z naginaniem życia do swoich reguł. Kiedy wspinasz się w górę, czujesz, jak Twoje nogi pulsują siłą. Organizm krzyczy do Ciebie „Weź, wrzuć trójkę Zenon, damy radę !”, ufasz mu, dolewasz etyliny do maszynerii i czujesz jak bulgocze radośnie. Miałem przez cztery dni szlakowania takie odejście w nogach, jak lata temu. Nie wiem, może to kwestia rzucenia palenia i intensywnych treningów, ale nie było dla mnie za trudnych podejść, a na plecach, jak ostatni idiota, wielki plecak z dyndającym statywem do Nikona. Opłacało się. Zdjęcia są wspaniałe, mam z nich ogromną satysfakcję, chociaż gdyby szkło było lepsze, byłyby jeszcze „zdrowsze”. Na moje możliwości zrobiłem dużo, a mogę zrobić jeszcze więcej. Wędrowałem jak dziki, czułem wspaniałe zespolenie z górami i cudowną władzę nad swoimi siłami. Rzesza hormonów mknęła przez mój organizm i nadal po nim wędruje. Wyjątkowe to hormony, zdobyte w cudownej kuźni wysiłku, tam gdzie wszystko jest i cichsze, i większe.

                Ale nie byłoby tego wszystkiego bez odpowiednich ludzi przy sobie. Byliśmy w Bieszczadach wspaniałą paką, chociaż niektórzy miewali chwile słabości, a innych nie można było rano dobudzić i kiedy ja chciałem już być na szlaku, to kawa dopiero wlewała się do kubków i Sebastian zaczynał uświadamiać mi ogromne braki w technice smarowania pieczywa końcówką ogromnego noża. Suma sumarum wszystko obracaliśmy w śmiech, a w moich groźnych porannych wezwaniach (typu „Dawajtie Riebjata! Uże para!”) więcej było żartu niż prawdziwych nerwów. W końcu i tak ruszaliśmy w trasę, z plecakami dyndającymi na plecach, wodą, kanapkami i dobrym humorem. Cała nasza czwórka zgodnie pokonywała szlaki, chociaż podczas tras szybko odstawaliśmy z Moniką do przodu, a Sebastian i Marta swoim tempem dreptali za nami. Miało to swoje dobre strony – miałem czas rozłożyć statyw i pozakładać filtry na aparat, a potem ustawić sobie wszystko do zdjęć. Kiedy migawka kliknęła parę razy, nasza ariergarda spokojnie docierała do nas i mogliśmy znowu ruszać w drogę. Technicznie funkcjonowało to bez zarzutu.

                W górach czuję inaczej. Ta przestrzeń dookoła, suchy ciepły wiatr chłoszczący ciało, wilgotne od potu plecy, jasne, wytarte stopami kamienie i świeża, soczysta zieleń.  Jesteś na szczycie jednej ze swoich prywatnych Tellegraph Road i nagle przestajesz myśleć o wszystkim. Rozkładasz ręce i czujesz, że wokół dłoni masz ogromne, gigantyczne masy powietrza, a tylko stopy dotykają prawdziwej ziemi. To jest niemal namacalne. Otwierasz oczy, sięgasz wzrokiem po horyzont, czujesz jak to wszystko na Ciebie patrzy. Jak żywa istota, która łaskawie pozwoliła Ci sięgnąć wyżej, patrzy na Ciebie, dotyka Cię, muska wargami i pozwala poczuć zapach pocałunku. Ale nie jest kobietą, nie jest niczym cielesnym. To raczej rodzaj mistycznego wrażenia, które jest tak namacalne, że bierzesz je za prawdziwe. Wędrujesz dalej i za każdym razem, kiedy odwracasz głowę, albo siadasz na jednej z grani, znów to czujesz. Wszechogarniające poczucie siły i szczęścia. Banał? Być może – ale nie umiem tego inaczej ująć. Dystans od codzienności, jaki tam jest, jest lepszy niż wiadro prozacu w wersji dożylnej. Tak jakby przed Tobą wyrósł zespól Pink Floyd i zagrał koncert tylko dla Ciebie. Jak to któreś z nas ujęło, można usiąść i po prostu się gapić. Bez znużenia, bez końca, bez zmęczenia. Patrzeć i chłonąć, na skrzydłach postrzegania lecieć do granic tlenowego imperium i kochać to każdą komórką w ciele, każdym milimetrem skóry naciągać się na tę przestrzeń jak abażur i pozwalać, by świeciła, wieczna żarówka w reaktorze ludzkich zmian. Śmigasz wzrokiem po połamanym horyzoncie, po czesanych wiatrem połoninach i przestajesz odczuwać nienawiść i głód. Wiesz już, że jeśli ktoś zaczyna góry porównywać, mówić o nich w kategoriach rankingu, wysokości, trudności – nigdy nie pokocha ich naprawdę mocno. One po prostu są, niezmieniane pomniki logiki i spokoju. Niezależne od swoich nazw, które im nadajemy, wysokości, którymi je opisujemy – góry to góry. Esencjonalność życia i apoteoza wolności. Nie wymagają wiele, poza szacunkiem. Ja daję im jeszcze miłość i paradoksalną chęć pokonywania. Oswobadzają mnie z lęków, fobii, wynaturzeń, rozcinają łańcuchy codzienności, kąpią w ambrozji obcowania z czymś tak prostym, i tak pięknym jednocześnie.

                Pani w Lesku na parkingu chciała nas przydybać i nie zapomnę tonu Jej głosu, kiedy Sebastian dał jej stówę za kwadrans pobytu na jej parkingu. „Tak mi Pani wyda?” – „Tak. Tak panu wydam” : i w tym momencie Monika włącza radio, a tam z trójkowego słuchowiska na cały regulator „JAKI WSTYD! JAKI WSTYD!” Zasłaniałem się kapeluszem, by nie parsknąć śmiechem. A potem coraz bardziej kręta droga, deszcz, mżawka, ale pod skórą – palące słońce podróżowania. Kroplówka emocji odkręcana z każdym nowym kilometrem coraz mocniej. I w końcu Cisna – po raz wtóry. Moje bieszczadzkie gniazdo? Chyba tak. Jakoś mnie ciągnie tu, to małe miejsce na ziemi wydaje mi się tak dobre i charakterne – chociaż nie obyło się bez kupowania wina marki „Fajrant” miejscowemu z życiorysem wyciosanym zmarszczkami na ogorzałej i szczerbatej twarzy. „Weź, kurwa. Kup Fajranta. Męczy okrutnie!” – kupiłem, co mi tam. „Kurwa,… szanuje Cię!”. I solidny łyk. Ci ogorzelcy z centrum Cisnej z tego żyją, że nażebrzą od turystów, ale mam to w nosie. Taki sam człowiek jak inny, element wystroju rzekłbym. Nie dać – to okazać się synonimem warszawskiego snoba. A jeśli nie dawać – to przynajmniej odpowiedzieć, bo zanim pojawił się tu  obwieszony aparatami turysta, pędzący Wielką Pętlą, Ci ludzie decydowali o charakterze tego miejsca i najprawdopodobniej im ów charakter zawdzięcza. Więc zawsze odpowiadam, albo przynajmniej się witam. Tak, w ten sposób sam mam czystsze sumienie, a może po części oddaję temu miejscu należny mu szacunek. Cisna zawsze pozostanie taka sama.

                Na paru szlakach byłem po raz drugi lub trzeci – jak na tym w stronę granicy, na Okrąglik. Po raz drugi na Tarnicy i Połoninie Wetlińskiej. Siłą rzeczy największe wrażenie zrobiły więc na mnie miejsca, na których jeszcze nie byłem - Połonina Caryńska, którą po cichu planowałem licząc na to, że Sebastian się zgodzi i Bukowe Berdo, które sam zaproponował. Więc – trafiliśmy w swoje gusta idealnie. A że szczyty zdobywaliśmy już różnym tempem – to marginalna sprawa. Caryńska zrobiła na mnie spore wrażenie – jest nieco wyższa od popularniejszej Wetlińskiej, podejście jest więc odpowiednio trudniejsze, ale za to widzę prawdziwego padalca. Z kolei pierwszego dnia wracaliśmy do Cisnej nie przez Fereczatą i Smerek, ale asfaltem przez Majdan – cudowny spacer! Z wspaniałymi, drewnianymi mostami, setkami traszek w przyulicznym rowie, rzeką szumiącą raz po jednej, raz po drugiej stronie drogi. Po drodze niezliczone, pozostawiane w lesie Stary 66 do przewozu dłużnic, pozbawione lewych drzwi (wszystkie bez wyjątku). Trafiamy też na dymiarki do wyrobu węgla drzewnego, jedne w miarę dobrym stanie, inne najwyraźniej opuszczone. Po drodze, kiedy dziewczyny zajmują się prześlicznym psem koloru złocącego się zboża, odwiedzam prawie opustoszałą bazę ludzi lasu. Stary w naprawie, budki, jeden ogorzały facet. „Jak zima w tym roku?” – pytam go. „Zima jak zima. Lekka. Nikt nie zmarł. To znaczy, nikt nie zmarł z powodu zimy” – odpowiada. Taaaaak… wciągamy eter folkloru głębiej. Zresztą ludzi spotykamy różnych – jest wesołek w wejściu na Caryńską, który kojarzy chełmskie oczywiście z Chmielaków i w przerwach od sprzedawania biletów na wejście na szlak, beztrosko dłubie sobie w pokaźnym klocu drewna, nadając mu dobrze znany z „Siekiery” kształt biesa. No właśnie, Siekiera! Front knajpy się zmienił – nie ma już tej słynnej białej ściany, zamiast tego – galeria Siekierezady, z której można zejść do samej knajpy. W środku nadal ten sam wspaniały klimat. Jesteśmy przed sezonem, więc ludzi mniej, kolejek żadnych, zdjęcia można swobodnie porobić, uciąć pogawędkę z barmanem („Brał pan grzane pięć minut temu – Bo miałem wziąć zwykłe, ale się pomyliłem – [chwila wymownego milczenia]…One tak mają. Raz chcą grzane, a raz zimne”), poczytać wpisy w kiblu („Tu stawiał klocki Stasiek Potocki”) bez tłoku i stresu. A dom „Magellan” w dodatku jest tak położony, że idąc z „Siekiery” ma się rozkoszne pięćdziesiąt metrów z górki.

                Największe wrażenie zrobiło na mnie Bukowe Berdo. Cudownie poszarpane, o powalającym podejściu, rozległe i urzekające. Coś pięknego. Chyba lepsze od obu popularnych połonin, trochę na uboczu. Na górze, popijając piwo, mija nas jedna turystka – kolejny dobry powód, by tam pojechać poza sezonem (na Tarnicy miałem 20 minut solo – dla fotografa amatora: CUD) – za to w polarku, z mapą i butelką, zwykłych bucikach, jak na niedzielnym, leniwym spacerze. Zeszliśmy do Mucznego i ruszyliśmy do Ustrzyk po auto, po drodze mijając zaskrońce i żmije. Słońce zachodziło z mojej prawej, Hucuły pasły się pod kwitnącą jabłonią… coś niezapomnianego. Po okazyjnym podrzuceniu przez świetnego gościa z Bydgoszczy jesteśmy już z powrotem w aucie, „Wściekłe Wujki” na pełny regulator i powrót do Cisnej. Wieczorny drink, foch od Marty bo zasiedziałem się przy filmie z Moniką i Sebastianem, a rano z powrotem w trasę, na Wetlińską, niemal deser, tym razem od strony Brzegów Górnych, czyli tam, gdzie poprzednim razem skończyłem po niej wędrować. Wrażenia podobne, po Bukowym Berdzie może nieco przygaszone. Marta po drodze omdlewa, zmęczona parnym powietrzem i być może naszym ognistym tempem. Na szczęście uparte jest to dziewczę i krok za krokiem, oddech za oddechem, dochodzi do Chatki Puchatka, a stąd podróż przez Wetlińską to przyjemność. Wieczorem nie ma śladu po omdleniu, więc w dobrych humorach żegnamy się z Bieszczadami łojąc wino z nalewaka w Siekierezadzie.

                Sześć dni minęło jak sen. Mógłbym to porównać do narkotykowego transu, podróży z LSD po granice świadomości lub poruszaniu się poza tą właściwą. Powrót do domu, z wizytą w Krasiczynie, trwał trochę krócej – niedzielne drogi okazały się dla nas łaskawsze niż wtorkowe. Chełm wita nas chmurami mknącymi po niebie. To był krótki wypad, ale tak cudnie treściwy, wesoły, pełen energii. Dogasło ognisko nad brzegiem rzeki. Kolejni goście przyjadą i wyjadą. A my będziemy tęsknić – chociaż kiedyś znów tam zawitamy. Rzeczywistość już pokazała kły, w poniedziałek poszliśmy do pracy – u mnie na przykład sfałszowano wybory, żebym nie mógł ich wygrać… może to wina gór w oczach. Ale jestem święcie przekonany o swojej winie z racji posiadania ich w duszy. Nasz kwartet zagrał wyśmienity koncert. Oby była to uwertura do dalszej melodii.

                Ja tak czuję.

Sebastian na Bukowym

Bukowe Berdo

Bart zamyślony

Zejście z Tarnicy na Bukowe - widok na Halicz

Tarnica z Szerokiego Wierchu

Połonina Caryńska

Połonina Caryńska

I WILL BE BACK...

Bieszczadzka noc.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331094211,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

Long Tall Sally

środa, 02 maja 2012 23:20

 

                Jestem typem psa, który goni za samochodem i niespecjalnie wie, co zrobi, gdy go złapie. Najważniejsza jest emocja i gonitwa, potem przychodzą rozważania nad sensem. I gdy inni osiągają cele, ja po prostu idę przed siebie. Pogłębiam wiedzę i przyjaźnie, czytam w pełnym słońcu, tarmoszę się z aparatem przez kurze i pustynie, biegam co rano, rzuciłem palenie i nadal sypiam nago. Czytaj – żyję.  Wywalam też od czasu do czasu część emocji tutaj, wsadzając tu i ówdzie niepotrzebny palec, tu i tam kijek w mrowisko, a jeszcze gdzie indziej cały ciekawski łeb. Nie sądzę, bym w ocenach tego co widzę, był nieszczery, tak uważam i tak pozostanie. Osądzono mnie ostatnio jako kogoś „spoza stada”, człowieka inteligentnego, owszem, ale nie pasującego do zespołowego grania. Taki typ samoobsługowy, koleś, który gdy wszyscy dookoła będą strzelać z dział plazmowych i szpanować mocami psionicznymi, wyciągnie stary rozklekotany rewolwer bo nie dał się przekonać do nowości i co gorsza, zacznie nim strzelać, więc sam sobie pewnie zrobi krzywdę. Ale w coś na pewno trafi. Stawiam sobie diagnozę i trochę w tym racji jest. Lepiej czuję się w niezorganizowanej, choćby najmniejszej komitywie z indywidualistami, niż w grupowej, zintegrowanej kolektywnej grze z tłumem. Mam nieodparte wrażenie, że ściąga mnie do poziomu, wyrównuje lejąc szpadlem po łbie i przyklepując ewentualnie nierówności. A Ty, koleś! Nie wyłaź! Oczywiście trafiają mnie wtedy wszystkie szlagi świata, ale… czyż nie jest to cudowna cena za swoją odmienność? Śpiewałem, piszę fotografuję, mam świetnych ludzi wokół siebie, tworzę i nie zatrzymuje mnie smutek tak jak kiedyś. Jestem, do cholery, dumny z niebycia w stadzie. I drogo sprzedaję swoją skórę, pyskując ile wlezie szarej mazi pod stopami. Lub nad głową. Tak czy owak – nie do uniknięcia jest pewien konformizm, ale umiarkowany, bo albo wdepniesz, albo wpadnie Ci na głowę. Przekracza granice i pstryk – włącza mi się drugi stopień zasilania. Przed oczy zachodzi mgiełka niesfornego zadziorstwa, a w uszach już rozbrzmiewają odpowiednie melodie. No a potem ląduję na dywanikach i muszę się tłumaczyć z wybuchowej, ale ciągle – natury. Nie udawanej pozy, a natury. To duża różnica podrapać się po tyłku, a rozerwać go na strzępy.

                Zadziwiające jest to, że zazwyczaj usta pełne szczerości mają Ci, którzy w ogóle jej nie używają. Wypływa z nich jak mityczna ślina, bo są tak ociekający szczerością że aż z nich kipi. Partykularny cel leży oczywiście pod spodem. Dlatego wolę ludzi z krwi i kości. Niech klną, niech bluzgają jak szewc, niech noszą miesięczny zarost albo dziurawe skarpetki – trudno. Ale niech będą sobą. Zawsze za to płaciłem. Hej, kurwa, a byłeś taki święty wtedy i wtedy? Chwileczkę, kto ma problem? Mam udawać, że go nie ma? Obłudne. Jak mi wystaje grzyb ze ściany to mam udawać, że to dekoracja? Wypalaj z tym, to jest płytkie i bez sensu. Owszem, potem jest paru obrażonych, często kończy się odkręcaniem czaszki na bok albo wygrażaniem pięściami, ale trudno – są ludzie, których ta szczerość nie razi i na szczęście mam ich wystarczająco blisko siebie. Wydaje mi się że znalazłem rozsądny kompromis między trzymaniem mordy na kłódkę a tym, by powiedzieć komuś, że mi nie pasuje. Jest to moim ulubionym argumentem podczas kłótni czy wymiany zdań – Hej, to dlaczego mu/jej  nie powiecie?  I oczywiście mówię ja, a potem zbieram za szczerość… Trudno. Przez lata nauki pokory, zachowania, umiaru, wyrobiło się we mnie intuicyjne przekonanie do pewnych ludzi i intuicyjna niechęć do innych. I jak sito, łapiesz z obu stron, machasz i już. Dlatego tak bardzo cenię tę dziką przestrzeń, którą człowiek zaczyna dostrzegać wtedy, gdy go życie przydusi, złapie za kark i powie „Teraz ja ustalam reguły”. Miotasz się, nie chcesz, bronisz – a to i tak jest silniejsze, musisz przez to przejść. Ta przestrzeń to charakterna odmienność każdego z nas i lubię, wręcz uwielbiam ludzi którzy mają wystarczająco sporo otwartości, by mieć ją jak bliznę na rękach. Czy kiedyś nauczę się żyć w zespole? Nie sądzę. Funkcjonowanie grupowe ma do siebie to, by naginać jednostki do jego własnego myślenia. A ja wolę naginać świat do swojego, nawet jeśli jest subiektywne. Niczym nie odróżnia mnie to od tego, z czym walczę i stawia z miejsca na przegranej pozycji. Ale jestem dużym chłopcem, mam prawo więc powiedzieć, że mam to w dupie. Wolno mi posiadać ten swój pokręcony świat, zdobywać ludzi na swój sposób, i znajdować tych, których intuicja powie im, że można zaryzykować ze mną kradzież konia tudzież flaszki łyskacza. I mimo wszystko, mimo tych wszystkich przeszkód i wybojów życiowych, tudzież rozmiarów własnej głupoty i bezgranicznego egocentryzmu, z którego muszę się nieustannie leczyć i nabierać pokory do życia i ludzi, istnieją przecież znajomości, które przetrwały u mnie lata. Takie melodie, których się słucha i które się nie nudzą, a które odkrywasz po jakimś czasie na nowo i nawet Cię to specjalnie nie dziwi. Znam ludzi, którzy kochają nowoczesną muzykę, a jak przyjdzie co do czego, prastary Little Richard może rozerwać ich na strzępy a Frank Sinatra pomoże im położyć kobietę w stan horyzontalno-miłosny. Tacy ludzie pozostali przy mnie, pojawili się też nowi. Nie narzekam. Za pyskaty jestem na narzekanie, za dobrze mi z tym charakterem. A adwersarzom odpowiadam – taki już jestem. Albo to komuś pasuje, albo nie.

                A teraz uciekam. Chyba gdzieś jedzie samochód…

 



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331062210,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Walk Of Life - zdjęcia Marzec / Kwiecień 2012

czwartek, 26 kwietnia 2012 21:08

Trzydzieści lat huknęło :) Impreza - 25.03.2012.

 

Road Hearted Man :)

 

Marta z kotem :) Święta :)

Tata, brat, i ja :) Jedna krew - jeden uśmiech - jedna siła :)

 

Marta na przystanku... czekamy na autobus. Dokąd??? :)

 

Typowe :)))

 

Wg. Grzesia - mojego fotograficznego mentora jedno z najlepszych zdjęć jakie kiedykolwiek zrobiłem.

 

Warto spojrzeć pod nogi :) Czasami to, co cudownie nieoczekiwane leży tuż pod nimi.

 

Kwietniowy zachód słońca, dalekie peryferia Chełma.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331049547,trackback

komentarze (0) | dodaj komentarz

Road Talker

sobota, 21 kwietnia 2012 21:38

 

                Płynę przez majestat życiowego oceanu. Nie do końca zastanawiam się nad kierunkiem – po prostu płynę, z nowymi ludźmi u boku dmucham w żagle. Wiosna zakwitła za oknem, w uszach Pink Floyd. Biegam codziennie jak opętany jakimś nowym nałogiem – może dlatego, że jeden ze starych poszedł w odstawkę. Dawno nie pisałem, ale życie jest na tym oceanie tak rozpędzone, że rzadko mam teraz czas. Uzbrojony w nowe narzędzia fotografuję dość intensywnie. Sporo czasu zajmuje mi pisanie dla radia i samodzielne montowanie swoich audycji. No i Marta, z którą jestem już dwa miesiące. Szczęśliwy, głodny życia, niespełniony ale i uśmiechnięty. Za dwa tygodnie góry, moje ukochane góry. Czuję zapach bieszczadzkich połonin i szyderstwo z wyłączonego telefonu.

                Praca jak praca – po przeniesieniu mnie na dzienne zmiany nagle zacząłem mieć czas dla siebie, zdrowy sen, życie prywatne i napęd dla pasji. Zamiast myśleć o łóżku i zapominać jaki jest dzień, o 5.30 z Airbourne na uszach mknę po polach i uszczęśliwiam swoją codzienność ładunkiem tlenu i rozkosznym pulsowaniem w klatce. Czasami jeszcze brak mi oddechu, ale biegam coraz dłuższe dystanse i dobrze mi z tym. Niepokój budzi we mnie tylko ludzka natura, jak zawsze wadliwa i niezbyt dobrze skonstruowana. Masa Macierewiczów w Telewizji, Madzie, Sosnowce… jeju. Co to dla mnie znaczy, skoro ważniejsze będzie spotkanie z bliskimi? Cały ten cyrk, cała ta maskarada kłamców i obłudników jest mi totalnie obojętna. A oni z siłą wodospadu pchają się w małe zakola ludzkich rzek – i po co? Nikt ich tam nie chce. Dobrze, że Rosjanie nie oddają nam wraku – stałby się po przebadaniu zbiorem relikwii na których wszawa polityka chciałaby zbić interes. Drodzy parafianie! Oto w tej szkatułce jest śrubka z rządowego Tupolewa, z smoleńskim błotem! I nigdy w historii nie ucięto elity jednym zamachem w ten sposób! Wpatrujcie się długo! Ujrzycie to wszystko!... a biedny naród jest za tępy, by się nie wpatrywać, chociaż tendencje są słuszne i ludzie zaczynają mieć tego cyrku dosyć. Zginęli, (błagam! NIE polegli !!!!), 96 osób, ale państwo nadal funkcjonuje i zezwala na tępaków którym wolno obrzucać gównem każdy rząd w tym kraju i bredzić o wywołaniu ruskim wojny.

                A za oknem bucha zieleń, słońce przemyka przez chmury, dni są długie i ciepłe. Co takie dni może obchodzić całe to zamieszanie? Nic. Są nasze, możemy z nich korzystać, tworzyć, działać, zmieniać świat.  Pomysłowość człowieka jest nieograniczona, działa tak cudownie niezależnie. Możemy wyłączyć przycisk w telewizorze, możemy nacisnąć „x” w prawym górnym rogu przeglądarki i uwolnić się od zgiełku… ale w jakiś sposób nas to dziko podnieca. Mnie nie. Nie rajcują mnie napięte muskuły gladiatorów, ani głodne hałasu  tłumów lwy. Nie myślę o tak odległych planetach jak Sosnowiec – myślę o bliskich satelitach typu Chełm, gdzie wszystko widzę i rozumiem. Nawet, jeśli trochę mnie ta prowincja czasami przerasta, to co z tego? Jechałem ostatnio z taksiarzem, którego pierwszą wiadomością po zamknięciu drzwi było: „Panie, jakiś kretyn jechał oplem 195km/h, po lewym pasie przy robotach drogowych, kurwa panie rozumiesz pan? I złapała go buda, wjebali mu tysiąc złotych mandoliny i 24 punkty karne!”. Gadaliśmy chwilę o tematach ogólnodostępnych, a  potem obaj doszliśmy do wniosku, że życie w naszej prowincjonalnej dziurce nie jest takie złe. Owszem, są minusy, ale jest dużo plusów. Życie płynie tu zdecydowanie wolniej i mniej ofensywnie niż w dużych miastach, chociaż dręczą nas takie same małostki. Czyli możemy je upłynnić mniejszym kosztem energii. Mniej z nas wypływa, bo nie ssie nas wielka metropolia. Jednocześnie nie mamy takiego dostępu do kultury, wszystko robimy po swojemu, improwizując. I mimo to, nie jest mi wstyd za żadnego z moich znajomych. Czytamy bardzo dużo, jesteśmy inteligentni i niegłupi, więc miejsce w którym mieszkamy i tak czynimy lepszym. A wampiriady w tłumach lemingów zostawiamy komu innemu… Jest tyle rzeczy, ludzi, zjawisk, które mogą mnie wyprowadzić z równowagi i które zawsze sprawią, że podniesie mi się ciśnienie. Kler. Trwam. Smoleńsk, kurwa. Bracia, dzieci, wypadki i autokary. Strajki i najniższe krajowe, premierzy, prezydenci, Wiejska 1. Na każdym kroku istnieje absolutnie mnóstwo możliwości, że coś lub ktoś Cię tak spieni, że stopi Ci nylon w skarpetkach. Wystarczy przełączyć się na tryb oczekiwania, że coś to zrobi – i to momentalnie działa. Wtedy człowiek wręcz oczekuje, że coś go wyprowadzi z równowagi, i nie robi nic, by temu zapobiec. I najczęściej są to ludzie, którzy są tak ultra przeciętni, że ekscytacją takimi bzdetami budują złudzenie, że są dla siebie kimś lepszym. Dlaczego? Bo to łatwe. O wiele trudniejsze jest iść i uśmiechać się mimo kłopotów – brzmi infantylnie, ale taka jest prawda. Optymizm to wysiłek, nie tryb w urządzeniu „człowiek”, który przełącza się jak w odkurzaczu, pralce czy telewizorze. To praca którą trzeba podejmować, męczyć się nią i wierzyć, że kiedyś przyniesie odpowiedni skutek. Wypatrując czarnych chmur sprawiamy, że ten wysiłek pełznie w kierunku pustki. Tak łatwo popaść w obłęd, bo to oznacza bezwładne ręce z tyłu tułowia i lot w otchłań. Czyli luz, poddanie się nurtom. Optymizm to zapieranie się o tory, by ruszyć po nich własny pociąg. Nie tylko za pomocą prozy Coelho i umiejętnie dobranymi frazesami mieszającymi intelekt i podwórkową gwarę. Czasami trzeba umieć przycisnąć, by dać pierwszy krok. A nie iść na łatwiznę i uznać wyższość emojęków nad życiowym zmarszczeniem czoła.

                Tyle solówek brzmi w każdym człowieku. Może mieć jedną strunę w swojej gitarze, może mieć pięć albo siedem. Może być otwartym strojem, może być akordem. Niestety, skupiamy się tylko na tym, jak te struny przerwać i pozwolić grać wiatrom w pustym pudle, albo odłączyć prąd od wzmacniaczy. Najważniejsze melodie już w nas grają – nie zagłuszajmy ich tylko dlatego, że nakazuje nam to własny wygodny konformizm. Potem będziemy mieć pretensje do wszystkich, ale nie do siebie. Usłyszałem ostatnio kawałek, który kiedyś miał moje słowa, a teraz koledzy z zespołu wymyślili tam inne. Unieść się? Wnerwić? Nie… mają prawo, niech robią swoje. Czy tekst to aluzja do mnie, czy też frazowanie w zwrotce przyprawia mnie o wymioty? Jestem ponad to. Mam swoją melodię, mam swoje struny – a oni swoje. Przestaliśmy razem grać, nie tylko dlatego, że szliśmy w dwóch różnych kierunkach tak mentalnie, jak i muzycznie. Przestaliśmy być kumplami i zredukowaliśmy naszą znajomość do uprzejmego dystansu, bo grając na ich strunach stałbym się strasznym hipokrytą. Czy to rozumieją, czy nie – obojętne mi to. Jest mi dobrze z tymi melodiami, których moje błędne decyzje nie zdołały zagłuszyć. I dbam o nie. Street Walker, Night Stalker. Pozwalając komuś dotykać swoich wewnętrznych strun to dać mu pozwolenie na ustawienie swojej własnej tonacji. Człowiek brnie wtedy w błędne koło, nie umie się zaakceptować z powodu fałszywych dźwięków. Ktoś na nim gra, ktoś ma na niego wpływ, ktoś chce, by patrzył czyimś punktem widzenia. A to błąd – czasami trzeba po prostu pokazać komuś nuty i pozwolić, by sam zdecydował: grać czy nie grać, a jak grać – to po swojemu czy tak, jak w propozycji/sugestii/groźbie? Nie, my lord. Gram po swojemu. Goń się z tym strojem, z tymi strunami, będę grał po swojemu! I to jest piękne. Prawdziwe przynajmniej i człowiek ma w sobie najwierniejszą publiczność, nie będąc do niczego zmuszanym i nikogo jednocześnie nie zmuszając do polubienia tego co robi. Irytują mnie takie akcje – polub mnie! Polub to! Zawierają w sobie nakaz, a podporządkowanie się mu wbrew swojej woli, gdy istnieje presja otoczenia lub tłumu to nic innego tylko konformizm, ohydny i wynikający z własnej słabości. Swego czasu strasznie zjechali mnie na portalu eChelm, gdzie także od czasu do czasu piszę. Poszło na noże, ataki osobiste, bluzgi – cóż. Prowincja – jeśli ktoś ma swoje zdanie, musowo ściągnąć go do poziomu i jechać tak długo, aż się wyrówna i nie będzie wystawiał mordy. Ale przywykłem i śmiałem się z oczywistego idiotyzmu tych postępowań – nakręcająca się dyskusja była tylko sprężyną, która podbijała mi oglądalność. I nikt jakoś tego nie zauważył, w zapiekłości i chęci wyrównania najwyraźniej osobistych rachunków. To były melodie grane na jedną nutę. Niemal unisono. Hałas był nieznośny, ale jeśli wsłuchałem się w to, co gra w środku – ani na jotę nie męczący. Można być ponad to.

                Ritchie Blackmore rozpędza się w mojej głowie. Spoglądam za okno, zapadła noc. Cały dzień wędrowałem, biegałem i łykałem świeże powietrze, słońce, soczystą zieleń. Tak… lubię, jak gram to wszystko swoimi melodiami.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,331038704,trackback

komentarze (1) | dodaj komentarz

Goodfellas

środa, 14 marca 2012 22:16

                Bóg i Janek Pelikan, szef partii monstrualnie bredzących ateistów siedzieli nadzwyczaj zgodnie przed telewizorem i oglądali coś w szklanym ekranie. Bóg przerzucał kanały w swoim stylu, złośliwie trafiając albo na litery końcowe, albo na reklamy a Janek Pelikan pobierał popcorn z dużej, papierowej torby, mlaszcząc nieco wygiętymi wargami. Robiłem sałatkę z pomidorem, sałatą i serem feta, i kiedy dotarłem właśnie do białych kostek o gryzącym zapachu i uzależniającym smaku, dyskusja się ożywiła. Janek Pelikan zauważył w telewizji coś, co go strasznie zdenerwowało i marszczył brwi w niedowierzaniu. Bóg zapalił papierosa.

                - Nie mogę uwierzyć – mówił Janek podpierając swoją wypowiedź charakterystycznym ruchem ręki, jakby chciał ciąć coś kantem dłoni – Nie mogę uwierzyć, że nie lubisz You Can Dance.

                Z tego co się zorientowałem, oburzenie było naciągane. Janek sondował rozmówcę.

                - Nie lubię i już – odparł Bóg, wskazując pilotem telewizor. – Nie lubię tancerzy, tancerek, wygibusów i innych świrów, którzy atakują mnie codziennie z ekranu. Niedługo pójdę do kibla, podniosę klapę a tam wyskoczy tancerz gotowy ocenić moje kroki w drodze na porcelanowy tron.

                - Czy nie jest tak, że wszyscy są równi ze swoją pasją ? – Janek wbijał igłę z lekko podchwytliwym uśmiechem nadwornego wątpiącego.

                - Może, ale nie dla mnie.

                - Przecież dla Ciebie wszyscy są równi.

                - Kto Ci tak powiedział?

                - Ty sam.

                - Tak?

                - Tak.

                - No to zełgałem. Nie tańczę, nie oceniam tańca innych i mierzi mnie to, co widzę. Niech sobie ludzie tańczą – dodał po chwili – ale nie chcę mieć tego non stop na każdym kanale. Możesz tańczyć, możesz śpiewać. Gwiazdy tańczą na lodzie. Dup step srep. Terminator tańczy na złomie. Przesada jest niewskazana. Przełączam to.

                Janek nie był zachwycony, ale łyknąwszy pierwszy, wejściowy kieliszek wiśniowej „Soplicy” zdecydowanie się rozluźnił. W sumie też nie lubił tej medialnej nagonki na taniec, która wychodziła mu bokiem. Dokąd się człowiek nie obrócił, wszędzie ktoś tańczył, miał szkołę, popisywał się krokami, nosił luźne spodnie, kolczyk w brwi, uważał się za ultra geniusza wszystkiego, znawcę absolutnego, oceniał innych i popisywał się marną, fasadową elokwencją i tym, jaki to kurde jest giętki.

                - Czy to oznacza, kurwa, że Ci co nie są giętcy nie mają nic do powiedzenia i ich zdanie się nie liczy? – Janek wypalił końcówkę swoich myśli. Spojrzeliśmy na niego wymownie, Bóg pokręcił przecząco głową. Janek chwycił za kieliszek i uznaliśmy spór za zakończony. Wędrówka po kanałach mogła trwać dalej.

                - Ale kataklizm… - westchnął Bóg, widząc dwa zmiażdżone pociągi i zatrzymując się na dłuższą chwilę. – Nieźle rąbnęli i jak zwykle winny jest człowiek.

                - To trochę teatr. – wtrąciłem – Tragedia ogromna, ale to, co robimy z takimi zjawiskami, to teatr. Oby coś się stało, media nabierają wiatru w żagle i pastwią się nad problemem, aż rozbiorą go na drobne. Smoleńsk. Hala w Katowicach. Pociągi w Szczekocinach. Madzia, Rutkowski i premier.

                - Ten to zbiera ! – zaśmiał się głośno Janek.

                - Tematy dyżurne – przyznał Bóg – Oby coś się działo. Krew, pot i łzy, ciosy, wojny i głupoty, to nas kręci. Media na tym żerują. Tymczasem prawda mija nas gdzieś obok i musimy jej szukać sami, jak w średniowieczu.

                Program informacyjny się skończył i wśród reklam, które umilały nam nakładanie sałatki, podanej do wybornych udek z kurczaka, pokazał się trailer nowego filmu o agencie J-23.

                - Film może fajny – zamlaskał Janek, którego wargi, lekko wygięte na końcach jak u Sylvestra Stallone niemal, wyłożone były dokumentnie błyszczykiem tłuszczu i świeciły się w świetle wieczornej lampki. – ale już widzę tę sztampę. Źli Niemcy, a Ruscy jeszcze gorsi. No, ale przynajmniej nie ma Szyca w obsadzie. Fajny aktor, ale grał wszędzie i we wszystkim, od dramatu po komedię.

                - Za to jest Kot, Mikulski i …

                - Bruner. – dopowiedział Bóg.

                - Bruner, Bruner, ale jak miał aktor na imię.

                - Dzieciaki pomyślą, że Adamczyk – wtrącił Janek, śmiejąc się głośno – to Bruner z Stawki tej z telewizji. A potem zobaczą film o papieżu.

                - Karkołomne – zaśmiał się Bóg do wtóru – najpierw był papieżem, a skończył jako SS-man?

                - Dzieciaki wiedziałyby to, gdyby czytały chociaż trochę i wiedziały, jak filtrować informacje. Ale nikt ich tego nie uczy i niestety rośnie nam pokolenie imbecyli.

                - Nie wszyscy, na pewno nie wszyscy, są rodzice, którzy wychowują, a nie tylko chowają.

                - Za to reszta para się wyszukiwaniem dla swoich bezstresowo chowanych dzieci odpowiednich wymówek, by te mogły uczyć się jeszcze mniej. Oto logika myślenia, godna dwudziestego pierwszego wieku, wychowajmy głąbów, byśmy mogli leczyć swoje własne kompleksy.

                Bóg przełknął gorące mięso wymieszane z chłodną sałatką i popił whisky z colą. Mlasnąwszy ze znawstwem przerzucał kanały dalej, dryfując od sportu po telezakupy.

                - Loeb znowu wygrywa – wtrącił Janek Pelikan na widok Citroena Loeba pokonującego hopę w rajdzie Finlandii. – Który to raz z rzędu lideruje w sezonie? Ósmy? Dziewiąty? To się robi nudne.

                - Hegemonia jednego zawodnika, jak w Tour De France, gdy Armstrong był w szczytowej formie – wyjaśniłem – zapraszali go, żeby nakręcał imprezę a potem prosili, by nie przyjeżdżał, bo kolarze nie chcieli się z nim ścigać, bo i tak wygrywał. Współzawodnictwo upadało.

                - Sport, a w muzyce? W polityce?

                Janek machnął ręką z zniecierpliwieniem na brzmienie słowa „polityka”.

                - Znam taki zespół – wtrącił Janek – ale nie podam nazwy, bo nie pamiętam. Swego czasu prowadzili taką kampanię w mojej okolicy, że można było pomyśleć, że nie ma innych zespołów. Włazili w tyłek każdemu, kogo znali aż w końcu przejedli się okrutnie. Byli wszędzie, od festynu kółka rolniczego, aż po dni miasta. Jak ludzie usłyszeli nazwę, zbierało ich na wymioty, tacy byli nachalni. W dodatku, w swoim własnym mniemaniu, cudownie najlepsi.

                - Pycha – powiedział Bóg i nie wiem, czy to dlatego, że mu smakowało, czy to dlatego, że o pychę mu chodziło. Brzmiało niejednoznacznie – Panowie, co wieczorne kino serwuje trzem zgryźliwym tetrykom?

                - Wypraszam sobie.

                - Daj mu spokój – śmiał się Janek z drugiej strony stołu – On zakochany, to wiesz, z dyszkę młodszy.

                - Za tydzień kończę 30.

                - Spytaj mnie, ile kończę – uśmiechnął się Bóg – serio to już nie liczę.

                - Dobra, dobra. Co grają?

                Grali „Chłopców z Ferajny” i to był pierwszy film, na jaki wszyscy się zgodziliśmy i w ogóle pierwszy, jaki nam się nawinął. W przerwach reklamowych kopciliśmy fajki i popijaliśmy drinki. Półmisek z sałatką i kurczakami opustoszał w okolicach sceny „Funny How?” z Joe Pescim grającym tam po prostu koncertowo. Czuliśmy się młodzi, paczka grafomanów na wspólnej kanapie. Luźne rozmowy o niczym, i o wszystkim, tolerancyjne ale i ortodoksyjne. Bez napięcia, z szacunkiem dla swoich poglądów i szaleństw. Czasami tylko to wystarczy, by poczuć wiosnę.

                - Wiem o czym myślisz – powiedział Bóg – bociany już lecą. Spokojnie.



Podziel się:
Trackback: http://bloog.pl/id,330930166,trackback

komentarze (2) | dodaj komentarz

czwartek, 17 maja 2012

Licznik odwiedzin:  47 789 (wersja testowa)

Kalendarz

« maj »
pn wt śr cz pt sb nd
 010203040506
07080910111213
14151617181920
21222324252627
28293031   

Wyszukaj

Wpisz szukaną frazę i kliknij Szukaj:

Głosuj na bloog






zobacz wyniki

Subskrypcja

Wpisz swój adres e-mail aby otrzymywać info o nowym wpisie:

O moim bloogu

A do poczytania...

O mnie

Łowca dróg. Wyszukany sam w sobie, szczęśliwy otwarty na ludzi facet, który czasem ironicznie, a czasami nadwrażliwie sztuką stymuluje swoje życie, by było lepsze. A skoro sztuka - to pisanie, słowo, które uwielbia. Fanatyk fotografii, Gór, samolotów, klasyki kina i literatury, seksu, whisky, emocji, podróży, pociągów i klasycznego rocka, modelarz, fotograf - amator, eseista, członek Klubu Zdobywców Korony Gór Polski. Złożona z wielu elementów konstrukcja uśmiechnięta i pełna energii.

Księga Gości

Ostatni wpis w księdze:

  • data: 28.08.2011 22:53:36
  • autor: Eliza
  • treść: niesamowite jak ludz...

Statystyki

Odwiedziny: 47789
(wersja testowa)
Bloog istnieje od: 1648 dni

Konkursy i nagrody

Ostatnio przyznana nagroda:

  • data: 10.03.2010 22:38:54
  • autor: zakochana_aniolka
  • punkty: 100
  • treść: Witaj!

    ...

Lubię to